W ubiegłą sobotę wybrałem się na spotkanie zorganizowane przez twórców akcji „Miłość nie wyklucza” w sprawie ewentualnej zbiórki 100 tysięcy podpisów pod ich projektem ustawy o związkach partnerskich.
Nie wiem do końca, co mnie tam zaprowadziło. Może uznanie i sympatia w stosunku do organizatorów. A może towarzystwo dwóch przyjaciół, którzy też się ruszyli. Swoją drogą, jak to jeden z nich przytomnie zauważył: oto poszliśmy we trzech – singli, żeby deliberować o związkach partnerskich.
„A nuż się kiedyś to przyda albo karma odpłaci za włożony trud i nagrodzi dobrym mężem.”
- dorzucił na koniec.
Ale tak już serio, to mocno sceptyczny byłem i nadal jestem co do skuteczności tzw. inicjatywy ludowej jako formy stanowienia prawa. Już nawet nie chodzi o to, że zebranie 100 tysięcy podpisów (z bezpiecznym naddatkiem oczywiście) jest przedsięwzięciem, oględnie mówiąc, niełatwym, zwłaszcza wobec braku jakichkolwiek struktur. Zwyczajnie historia tej instytucji nie napawa szczególnym optymizmem. Podczas jej obowiązywania, a więc czterech poprzednich kadencji Sejmu, doliczyłem się w sumie 45 projektów obywatelskich. Nie znalazłem danych, ile zostało utrąconych na starcie z powodów formalnych albo nie znalazło poparcia wystarczającej liczby obywateli.
Z tych 45 obywatelskich projektów ustaw, które trafiły pod obrady, tylko 9 stało się obowiązującym prawem. W dodatku po zasadniczych zmianach, czy – jak w przypadku 6 z tych 9 – wręcz wspólnym rozpatrywaniu z kontrprojektami poselskimi lub rządowymi. Wprost odrzuconych zostało 5 obywatelskich inicjatyw. Pozostałych 31 zaginęło gdzieś na różnych etapach prac legislacyjnych i to pomimo, że takich projektów nie obowiązuje tzw. dyskontynuacja, a więc konieczność ponownego wniesienia w nowej kadencji.
Znacznie pewniejsze, co nie znaczy łatwiejsze, byłoby po prostu znalezienie reprezentacji parlamentarnej, która będzie miała siłę i determinację, aby dany projekt przepchnąć. Jeśli wszakże spojrzeć na skład samego tylko Sejmu nowej kadencji… Dwa kluby jasno i otwarcie deklarujące sprzeciw wobec związków partnerskich (PiS i PSL) mają łącznie 185 mandatów. Potencjalnych sprzymierzeńców (RP i SLD) mamy prawie trzykrotnie mniej. Reszta pewnie najchętniej nie ruszałaby tematu. No niewesoło to wygląda.
Przyszedłem więc na rzeczone spotkanie z nastawieniem pt. nie ma się co szarpać, bo co z tego, że uda się zebrać z ogromnym wysiłkiem potrzebne podpisy, jeśli potem jedno podniesienie ręki i naciśnięcie przycisku wystarczy, żeby całość wylądowała w koszu.
Wyszedłem jednak w zupełnie odmiennym nastroju. Wpływ na to miała niewątpliwie świetna atmosfera. Zebrało się niespełna trzydzieścioro osób o różnych punktach widzenia, doświadczeniach, pomysłach, ale połączonych bardzo pozytywną, kreatywną energią, która nakręca do działania. Już samo to sprawiło, że pomimo wcześniejszych obiekcji, postanowiłem bez szczególnego wahania, że chcę być częścią tego przedsięwzięcia.
Chcę się zaangażować, nawet gdyby efektem miałoby być tylko stworzenie gotowego projektu ustawy o związkach partnerskich. Projektu lepiej dopracowanego i odpowiadającego zgoła innym oczekiwaniom niż PACSopodobne „uniwersalne” rozwiązania z projektu złożonego na chybcika przed wyborami przez SLD. Projekt z prawdziwego zdarzenia to dla mnie w pełni wystarczający powód. Z nim można potem dobijać się do polityków różnych opcji, w których rękach koniec końców – chcemy tego, czy nie – leżą losy związków partnerskich. Także w takich działaniach chciałbym mieć swój udział, bo wiadomo, że im więcej osób skupi się wokół projektu, tym lepiej.
Gdyby jednak podjęta została decyzja o rozpoczęciu zbierania podpisów, też jestem bardziej niż gotów zaoferować swoją pomoc. Trafiły do mnie argumenty kilkorga zebranych, że zawsze jest to okazja do akcji informacyjnej i nagłośnienia naszych postulatów. A niezależnie od losów projektu obywatelskiego w Sejmie, gdyby się udało znaleźć ponad sto tysięcy ludzi popierających projekt, byłby to czytelny sygnał dla parlamentarzystów, że zainteresowanie tematem związków partnerskich jest całkiem realne. Gdyby zaś się nie powiodło… cóż, jak słusznie zauważyła jedna z uczestniczek spotkania, oznaczałoby to zwyczajnie, że jako społeczność nie jesteśmy jeszcze gotowi na instytucję związków partnerskich; że jeśli nie ma wśród samych zainteresowanych mobilizacji i determinacji do pozyskiwania znajomych, najwyraźniej związki nie są nam aż tak potrzebne. Pytanie, czy jesteśmy gotowi na taki „reality check”…
Ja w każdym razie zdecydowałem, że zamiast malkontencić, zamiast narzekać na brak ustawy albo jakieś takie nie takie projekty, postanowiłem coś robić. Pierwsze spotkanie miało raczej charakter swobodnej dyskusji. Kolejne - 5 listopada o 16.00 w knajpce Leniviec na Poznańskiej – przynieść ma juz więcej konkretów. Chcecie związków partnerskich i jesteście wtedy w Warszawie? Zarezerwujcie sobie ten termin już teraz.Tu szczegóły wydarzenia na fejsbuku. Ja będę na pewno, a Wy?
Ciekawe? Codziennie publikujemy nowe!
Zapisz się do naszego kanału RSS – dzięki temu nie ominiesz żadnego tekstu!
Zobacz również
| Słupsk weźmie udział w akcji Miłość Nie Wyklucza! Miłość nie wyklucza. Większości z Nas kojarzy się to hasło z akcją prowadzoną obecnie w Naszym... | Porozmawiajmy o 100 tysiącach! Ponad 25 tysięcy osób chciałoby się podpisać pod ustawą o związkach partnerskich: http://www.facebook.com/event.php?eid=202062366518970Poparcie... | Miłość nie wyklucza w Sopocie MIŁOŚĆ NIE WYKLUCZA - SOPOT, 5 MARCA - IMPREZA BENEFITOWAAkcja "Miłość nie wyklucza" (www.miloscniewyklucza.pl)... | Miłość nie wyklucza w Inowrocławiu i Przemyślu Szanowni Państwo,miło jest nam poinformować, że kampania "Miłość nie wyklucza" mająca na... |






