
W sprawie wątku feministycznego, gdybym miał pokusić się i spróbować streścić wymowę tej publikacji, powiedziałbym, że J. Butler odpowiada na pytanie: „Co daje się ukryć w kulturze dzięki słownikowi natur i uczuć?” Pytanie to jest parafrazą zdania ze strony 182, które pojawia się przy okazji polemiki z poglądami Kristevej. Jakże wymowna to stylistyka. (Dodać należy, że poglądy Kristevej przybliżone zostały przez Tomasza Kitlińskiego[1].) Czyż wszystkie, albo niemalże wszystkie debaty, jakie toczą się na temat feminizmu, lesbianizmu, płci, rodzaju, orientacji seksualnej, homoseksualizmu i odmienności nie odwołują się do tego, co naturalne, a co przeciwko naturze? Mimo, że większość tych debat odbywa się nie w ramach dyskusji naukowych, to jednak każdy/każda niemalże uczony/uczona wchodzący/-a na teren tych zagadnień musi uporać się z tą „przeszkodą poznawczą” jako głęboko zakorzenioną w każdym dyskursie. Natomiast owe uczucia wspomniane w publikacji J. Butler świadczą o chęci zamknięcia tematyki płci/seksu/rodzaju w zaciszu prywatności, pozostawieniu ich „w sercu”. Ich zwolennicy chcą zamazać dyskursywny sposób wytwarzania płci wraz z reżimem heteronormatywności oraz hierarchii płci. Można powiedzieć, że język natur i uczuć zagłusza ledwie słyszalny szept – jak to wyrażają Paweł Leszkowicz i Tomasz Kitliński[2] – i nazywają to wprost ciszą kryjąca seksualnych odmieńców, w tym także kobiet kochających się z kobietami . Co zatem daje się ukryć dzięki „słownikowi natur i uczuć”? Kristeva odpowiada, że lacanowskie „prawo ojca”, o czym nas informuje Butler w pierwszym rozdziale trzeciej części. To ono funduje nam „heteroseksualny kontrakt” (Monique Wittig) czy „obowiązkową heteroseksualność” (Adrienne Rich) lub „matrycę heteroseksualną” (Judith Butler) i sprawia, że ciało, płeć, pragnienia zyskują pożądaną i oczekiwaną „naturalność”. Te pojęcia, a w zasadzie jedna kategoria różnie nazywana, „opisują hegemoniczny dyskursywny/epistemiczny model zrozumiałości płci, który zakłada, że ciała będą spójne i sensowne, tylko jeśli będziemy mieć stabilną biologiczną płeć wyrażaną poprzez stabilną kulturową płeć (męskie wyraża to, co biologicznie męskie, kobiece – to, co żeńskie), czyli zdefiniowane jako odpowiednio zhierarchizowane przeciwieństwa w ramach obowiązkowej praktyki heteroseksualnej” (s. 49, przypis 6). Czyż refleksja Judith Butler nie otwiera nowych możliwości dla feminizmu w pedagogice? L. Kopciewicz, którą zwykło się uznawać za popularyzatorkę teorii feministycznej w gdańskim środowisku, przytacza tezę L. A. Finke’a, że pedagogika feministyczna nie sprawdza się już w ramach pedagogiki krytycznej[3]. Jakże to cenna myśl, aby ją przy tej okazji przypomnieć. Tym bardziej, że często myśl krytyczną traktuje się nieco jednostronnie, zapominając o jej wielorakich przekształceniach i poszerzeniach, czy to o psychoanalizę, czy to feminizm i teorię queer. A właśnie J. Butler w swej publikacji w zdecydowany sposób radykalizuje to, co już może trudno nazwać – a jeśli już to z rozpędu – teorią krytyczną, a co powinno nazywać się myślą antynormatywną.
____________
[1] Tomasz Kitliński, Obcy jest w nas. Kochać według Julii Kristevej, Wydawnictwo AUREUS, Kraków 2001.
[2] Paweł Leszkowicz, Tomasz Kitliński, Miłość i demokracja. Rozważania o kwestii homoseksualnej w Polsce, Wydawnictwo AUREUS, Kraków 2005, s. 243.
[3] Lucyna Kopciewicz, W stronę dziewcząt – pytanie o pedagogikę feministyczną, „Teraźniejszość – Człowiek – Edukacja” nr 2(38), s. 27.




