Kobieta i mężczyzna – zauroczenie, miłość, małżeństwo. I tak – żyją długo i szczęśliwie. Schemat i banał? Niekoniecznie. Nieschematyczne jest to, że on też bywa kobietą. Bywa Martą. Ania pokochała Tomka, wiedząc, że Tomek to mężczyzna niezwyczajny – crossdresser, transwestyta. I jest z nim szczęśliwa, zupełnie jak w bajce, czasem tylko zamiast króla i królowej są dwie księżniczki.
Archiwum ‘Wywiady’
Poznańskie Stonewall
Rozmowa z Edwardem Pasewiczem, autorem książki „Śmierć w darkroomie“
Dasz się namówić na spektakularny, medialny coming out?
To byłoby śmieszne… Edward Pasewicz jest gejem! Wszyscy o tym wiedzą od 2001 roku, czyli od mojego debiutu. Książka, którą wówczas wydałem, była chyba pierwszym stricte gejowskim zbiorkiem poetyckim w tym kraju. Nigdy nie miałem problemu z gejowstwem, ani w domu, ani w rodzinnym Międzyrzeczu.
Dzieci nie pokazywały cię palcem w miasteczku?
Jeśli człowiek zachowuje się normalnie i normalnie podchodzi do tej sprawy, to nie ma żadnych problemów. Obecne spektakularne coming outy panów w TV mnie śmieszą. Nie mieli odwagi zrobić tego za rządów PiSu, a teraz to robią, bo mają jakieś interesy.
Poezję zamieniłeś na kryminał?
Tak. Po pierwsze dlatego, że znalazł się wydawca, po drugie – tej historii nie dało się inaczej opowiedzieć. Trudno byłoby połączyć wątki polityczne z „historią miłosną inaczej“. Polityka silnie zaważyła na tej książce. Akcja dzieje się w określonym czasie, miejscu, w określonym kontekście.
Rozbity Marsz Równości z 19 listopada 2005 roku to rodzime Stonewell? Czy polscy geje potrzebują swojego „mitu założycielskiego“?
Tak, polski gej potrzebuje takiego mitu. Warto w końcu jasno powiedzieć, że tamte wydarzenia były naszym Stonewell. To znaczy tak naprawdę mogły być. Pamiętaj, że ilość osób homoseksualnych uczestniczących w Marszu była żenująco niska.
Czyli tak naprawdę „za nas“ walczyli wówczas inni? Zieloni? Anarchiści? Lewacy etc.?
To jest niestety prawda…. Przychodzi mi teraz do głowy stwierdzenie Błażeja Warkockiego: „Jeśli położysz przed gejem książkę i majtki Calvina Kleina, to wybierze na pewno majtki“. Podczas rozbijania Marszu przez Policję wiele osób trafiło na komisariaty, mieli sprawy w sądach i problemy. Tymczasem tego samego dnia w pewnym znanym, modnym poznańskim gejowskim klubie można było trafić na dyskusję „ciotek“, które biadoliły, że są bardzo dyskryminowane. Na Marsz jednak żadna z nich się nie pofatygowała. Można powiedzieć: jeśli nie potraficie walczyć o swoje, to teraz popukajcie się w głowę, a nie narzekajcie na brak praw…
„Śmierć w darkroomie“ opisuje więc „mit założycielski polskiego gejostwa“, jednocześnie jednak Edward Pasewicz rozprawia się w tej książce z tak zwanym środowiskiem?
Nie chcę się z nikim rozprawiać. Jedyne, na co mam ochotę, to zwrócić paru osobom uwagę, że jeśli czegoś chcą, to trzeba działać, a nie siedzieć w domu i opowiadać o tym, że jesteśmy dyskryminowani. Tak długo będziemy dyskryminowani, jak długo będziemy na to pozwalać…
Dokonujesz nawet kategoryzacji polskich „ciotek“. Mamy tutaj ciotki lewaczki, ciotki konsumpcjonistki, ciotki kontestatorki …
I każda ciotka dzieli się wewnętrznie i rozbija na podgrupy (śmiech). To jest oczywiście zabawa, żartobliwa kategoryzacja, która była mi potrzebna w pisaniu. Musiałem pokazać, że istnieje rozwarstwienie, że istnieją jakieś frakcje, partie kanapowe…
Czy tej kategoryzacji nie dokonujesz przypadkiem nie tyle dla gejów, ile dla czytelników spoza „środowiska“?
To prawda, cały czas walczę z powszechnym wyobrażeniem, że homoseksualista to przegięty facet z piórami w dupie. Może być lewakiem, a nawet lesbijką faszystką. Sam przecież wiesz, że są np. geje, którzy głównie przebywają na squocie, zajmują się polityką, są lewakami i anarchistami. Prędzej umrą, niż pójdą do wspomnianego wyżej klubu.
Książka napisana jest też z niechęci do Poznania? Dlaczego nie lubisz tego miasta?
Mogę powiedzieć, ze znielubiłem Poznań właśnie 19 listopada 2005 roku. Wtedy rzeczywiście coś się w tym mieście skończyło. Wcześniej było lepiej. Poznań wyglądał na miasto otwarte, bez kompleksów. I nagle cała jego europejskość i otwartość, w moim odczuciu, zawaliła się. Nie było gorszej antyreklamy niż to zdarzenie… Skończyły się złudzenia.
Jeszcze gorzej zaczęło robić się potem: naciski, ograniczenia. Przytoczę taką historię: Robimy z Mariuszem Grzebalskim serię Wielkopolska Biblioteka Poetów finansowaną przez Urząd Marszałkowski. Dwa miesiące temu panowie z komisji budżetowej, radni Prawa i Sprawiedliwości, chcieli tę serię zlikwidować. Napisali wówczas w specjalnym raporcie, że „promuje ona mniejszości seksualne“ i jest szkodliwa społecznie.
„Śmierć w darkroomie“ nie tylko krytykuje gejów i miasto, ale też kościół katolicki i typową polską rodzinę…
Pisze się, bo ma się z czymś problem. Chce się ten problem uzewnętrznić, zobaczyć. Profesor Piotr Śliwiński z UAM ma chyba rację, gdy mówi, że ta książka nie jest antykościelna, ale antychrześcijańska. Nie ruszam kościoła, tylko samą religię. Chrześcijaństwo nie jest moją bajką, ponieważ immanentną cechą tej religii jest niechęć do ciała, do jakiejkolwiek przyjemności, a seks ma prowadzić tylko do prokreacji. Taka religia jest mi całkowicie obca. Akceptuję jednak wybory i prawa innych ludzi. Dlatego nie wykpiłem Eminencji, postaci, która występuje w mojej książce. Naprawdę poznałem takie osoby. Oni mają wielki problem. Z jednej strony ciągnie ich do facetów, a z drugiej są nakazy religijne, których nie chcą łamać, zachowują nieprzekraczalne zasady.
Mam problem z chrześcijaństwem. Jestem wychowany w tej religii, jak chyba każdy w Polsce. Nie mogę tego wyrwać z mózgu. Z drugiej strony nie akceptuję chrześcijaństwa z powodu moich poglądów i własnych wyborów. Ten problem nie jest w książce rozwiązany. Postawiłem go i czekam na odzew. Mogę jedynie powiedzieć za Joycem, że nieszczęściem Polaków jest ich katolicyzm…
Nieszczęściem Polaków są też ich toksyczne rodziny.
Myślisz o komisarzu Zielonym, jego bracie Igorze i ich ojcu?
Czy to Twój ojciec był tutaj pierwowzorem?
Nie, mój ojciec jest bardzo w porządku. Spotkałem się z taką historią w moim życiu. To był ojciec mojego faceta, widziałem, co on wyrabia i na co sobie pozwala. Mój chłopak został sponiewierany przez ojca, a następnie wyrzucony z domu tylko dlatego, że jego gejostwo nie pasowało do profilu społecznego ojca, jego pozycji i stanowiska. Rodzina ustawiona, znana i porządna, która coś musiała zrobić z problemem pod tytułem „syn pedał“.
Nie obawiasz się, że „Śmierć w darkroomie“, silnie związana z Poznaniem, będzie zrozumiała tylko w tym mieście? Geje będą ją czytać, by rozpoznawać miejsca i osoby? Podobno już do „Grzechu Warte“ przychodzą wycieczki…
Uniwersalizm powstaje ze skrajnego regionalizmu. Na tej zasadzie Joyce oparł „Dublińczyków czy „Ulissesa“. On o niczym innym nie pisze jak o swoim mieście! To, co miało miejsce w Poznaniu, mogło się przecież zdarzyć w Warszawie, w Berlinie czy w Nowym Jorku.
Co książka dała Tobie? Czy coś Ci uświadomiła, w czymś pomogła?
Za wcześnie o tym mówić. Dopiero zbieram odbicia, odblaski. Gdy czytam niektóre recenzje, np. Marcina Krzeszowca, którego książkę „Ból istnienia“ połykałem w swoim czasie, to się naprawdę zachwycam. Ten facet dokładnie odczytał moje zamierzenia, intencje, w pełni zrozumiał mój przekaz. Krok po kroku rozwiązał problemy, które podczas pisania sobie postawiłem. To jest najfajniejsza rzecz w tej zabawie, że nie trafiasz w próżnię.
Zarzucisz poezję na rzecz kryminałów?
Nie mam zamiaru. Użyję porównania malarskiego. Lepiej publiczności najpierw udowodnić, że można namalować porządny portret, a dopiero później konstruować abstrakcję.
Konstruujesz już coś nowego?
Bardzo powoli. Pisanie powieści, nie jest taką zabawą jak pisanie wierszy, które można w kółko poprawiać. To jest jednak trochę większa odpowiedzialność.
Edward Pasewicz (ur. 1971) – poeta, prozaik i kompozytor. Laureat VIII Konkursu im. Jacka Bierezina (2000). Autor zbiorów poetyckich „Dolna Wilda“ (Anima, Tygiel Kultury 2001; Poznań, Wielkopolska Biblioteka Poetów 2001), Nauki dla żebraków (arkusz dołączony do pisma „Topos“ nr 4-5/2003), „Wiersze dla Róży Filipowicz“ (Wrocław, Biuro Literackie 2004), „th“ (Kielce, kserokopia.art.pl 2005), „Henry Berryman Pięśni“ (Kielce, kserokopia.art.pl 2006) oraz kryminału „Śmierć w darkroomie“ (Kraków, EMG 2007).
W 2007 został nominowany do Nagrody Literackiej Gdyni za książkę „Henry Berryman Pięśni“. Jego wiersze były tłumaczone m.in. na niemiecki, angielski, słoweński, serbski, bułgarski, czeski, hiszpański, włoski.
Jest buddystą, uczniem Ole Nydahla. Mieszka w Poznaniu.
O sobie mówi: „Urodziłem się w 1971 roku. nie wiem kiedy umrę i to mnie martwi“.
Tęczowa ekipa
Maciej Kirschenbaum (22 l.), student SGH mieszkający w Warszawie jest gejem, wyznającym judaizm. Specjalnie dla portalu MultiKulti opowiedział o dochodzeniu do swojej tożsamości i doświadczeniu związanym z przynależnością do grupy podwójnie narażonej na dyskryminację: ze względu na wyznanie i orientację psychoseksualną. Maciek należy do Gminy Wyznaniowej Żydowskiej i zespołu redakcji Repliki, społeczno-kulturalnego dwumiesięcznika LGBTQ.
Moralna rewolucja
Diana Voxerbrant mieszkanka centrum mieszanki kultur – Londynu. Studiowała na Katrinebergs Folkhögskola i trenowała w łódzkiej filmówce. Ma już na koncie film Nie daleko. Przed nami Moralna Rewolucja – film dotyczący polskiej homofobii – do obejrzenia w Pride Housie. Zaczepiliśmy reżyserkę, żeby dowiedzieć się kilku informacji o dziele. więcej »
Synek Madonny
Tabloidy z uporem tropiły Twój rzekomy związek z Edytą Herbuś, aż w końcu 11 października 2007 r. powiedziałeś dla „Super Expressu“: „Jestem gejem. Śmieszą mnie teksty, że Edyta jest teraz moją dziewczyną. Wciąż mówią i piszą o mnie, co chcą. Całe szczęście, że przypisuje mi się związek z osobą, którą lubię“. Ten coming out to była przemyślana decyzja czy rzucona spontanicznie deklaracja? więcej »
Warszawa przygotowuje się do bitwy
Ida Svingen Mo (tekst) i Thomas Olsen (zdjęcia)
W tym roku Euro Pride odbędzie się w jednym z najbardziej wrogich, dla osób LGBTQ, państw. Teraz istnieje nadzieja, że Polska, oprze się na wsparciu społeczności międzynarodowej. Gaysir odwiedził organizatorów w Warszawie. więcej »
Dana Puddicombe – George z B.J. Fletcher
Wywiad z Daną Puddicombe, odtwórczynią jednej z głównych ról w serialu B. J. Fletcher – George. więcej »
A.P. Ale małe dziecko nie ma żadnych potrzeb erotycznych. Jakim cudem orientacja seksualna może być wrodzona skoro nie trwa od dziecka. więcej »
Czy to wstyd mieć homoseksualne dziecko?
Rozmowa z Basią Lindenberg, psychoterapeutką pracującą w ośrodku terapeutycznym Poza Centrum w Warszawie
Czy to wstyd mieć homoseksualne dziecko?
Ja uważam, że nie wstyd. Ale niektórzy ludzie się wstydzą. To nie tylko problem rodziców homoseksualnych dzieci, ten problem w ogóle dotyczy wszystkich, których dzieci jakoś odstają od reszty.
Dlaczego rodzice się wstydzą?
Boją tego, co powie otoczenie. W naszej kulturze większość uważa, że tak nie powinno być, że dwoje ludzi tej samej płci wiąże się ze sobą. A jeśli większość uważa, że tak nie powinno być, to ci, których ten problem dotyczy zaczynają się wstydzić i bać się tego, co inni powiedzą. To, co mówi otoczenie i to, co wewnątrz nas jest wzajemnie powiązane. Ludzie bardzo często myślą w ten sposób: „Ona (on) się czegoś wstydzi. Więc pewnie jest się, czego wstydzić.” To jest taki mechanizm powielania się wstydu. Błędne koło.
Czy można to błędne koło jakoś przerwać? Czy rodzice, którzy się wstydzą, że mają homoseksualne dziecko mogą coś z tym wstydem zrobić?
Rodzice i wszyscy inni, którzy się wstydzą, mogą wykonać pewną pracę psychologiczną, która pomoże im to błędne koło przerwać. Niech spróbują się odpowiedzieć sobie na pytania: Czego ja się wstydzę? Przed czym się bronię? Co jest takie bolesne? Czego się boję? Czy to dlatego, że otoczenie jest negatywnie nastawione? Co powoduje, że otoczenie jest negatywnie nastawione? Bardzo ważne jest, żeby dopuścić do siebie myśli i uczucia związane ze wstydem. Dobrze jest móc podzielić się tymi przemyśleniami z kimś, komu ufamy – przyjaciołom, grupie terapeutycznej.
Mogą się bać chorób: „Boję się, że dziecko zapadnie na jakąś chorobę, na AIDS. Boję się o moje dziecko. Boję się, że sąsiadka powie, że dziecko jest homoseksualistą, więc uważaj na choroby”. Albo tego, że nie będą mieli wnuków: „Boję się. Moje dziecko jest homoseksualistą, moje życie nie będzie przedłużone”. Mogą mieć ogromne poczucie winy: „Ja zrobiłam/zrobiłem coś nie tak. Gdybym może jakoś inaczej się zachował, to mój syn nie byłby gejem albo córka nie byłaby lesbijką.” Przecież jeszcze do niedawna środowisko medyczne: lekarze, terapeuci, psychologowie byli tubą dla uprzedzeń, które panowały w społeczeństwie. Pisali, że matka nadopiekuńcza, że można to leczyć, że matka zrobiła coś, jak była w ciąży albo rodzice źle wychowywali, a więc to jest wina matki albo wina ojca. Im mniej uprzedzeń i lęku w społeczeństwie, tym mniej takich nieprawdziwych stwierdzeń.
Dziecko pokazuje się w telewizji i publicznie przyznaje, że jest gejem lub lesbijką. Następnego dnia wszyscy będą mówić o tym, że córka czy syn Xów jest taki a taki: w pracy, na podwórku, wszędzie. I taki rodzic musi wyjść z domu, przychodzi następnego dnia do pracy i co ma zrobić? Udawać, że nie słyszał, że nic się nie wydarzyło?
Tak jak mówiłam: jeśli otoczenie zobaczy, że rodzic się wstydzi, to może pomyśleć: widocznie jest się czego wstydzić. Jeśli natomiast mówi o tym wprost, to choć jest to bardzo trudne, to nie ma w tym wstydu. Co taki rodzic może zrobić? Gdybym znalazła się w takiej sytuacji, miałabym ochotę wyprzedzić wszystkie pytania i sugestie. Ubiec innych i uciąć różnego rodzaju spekulacje: „No tak. Mój syn jest gejem. Taka jest jego orientacja. To jest trudne, bo wiecie jak większość traktuje homoseksualizm.” W ten sposób starałabym się szukać sprzymierzeńców w tych ludziach: „Tak jest mi trudno, bo wyobraź sobie, że do niedawna w Rosji ludzie szli do więzienia za homoseksualizm, do niedawna wyobrażano sobie, że to można leczyć, znów jest jakiś facet, który napisał, że da się wyleczyć z homoseksualizmu. To jest takie naznaczenie. Trudno mi było to zaakceptować.”
A jeśli spytają: No i co z tym zrobisz? Można odpowiedzieć: „Nic nie zrobię. To jest moje dziecko. Jest dorosłe, ma swoje życie. Tak samo jak nic nie mogę zrobić z tym, że syn jest blondynem, a ja chciałam, żeby miał ciemne włosy.”
Skąd ona/on to wie?
Rozmowa z Jolą Robak, psychoterapeutką od 8 lat pracująca z osobami homoseksualnymi i ich rodzinami w Towarzystwie Pomocy Młodzieży w Warszawie
Kto to jest gej, lesbijka?

Gej albo lesbijka to ktoś, kto zakochuje się w osobie tej samej płci. A ponieważ się zakochuje, to chce się zbliżyć do osoby, która mu się podoba, chce z nią tworzyć związek i chce się z nią kochać. W świadomości społecznej gej to przede wszystkim ktoś, kto uprawia seks z innym mężczyzną, lesbijka – z inną kobietą. To uproszczenie. Wejście w relację seksualną jest wynikiem tego, że geje i lesbijki zakochują się i chcą być blisko osób tej samej płci, a nie odwrotnie. Geje i lesbijki nie wyobrażają sobie związku, a więc ani zakochania się, ani bliskości, ani seksu z osobą płci przeciwnej.
A co z takimi osobami, które przez lata żyły w związku heteroseksualnym, a potem nagle odkrywają, że tak naprawdę wolą żyć z kimś tej samej płci?
Albo są biseksualne i mają możliwość wchodzenia w związki zarówno z osobami tej samej płci, jak i przeciwnej, albo są to tzw. ukryci homoseksualiści. Ukryty gej czy ukryta lesbijka to osoba, która wie o swoich homoseksualnych skłonnościach, ale nie decyduje się na ich ujawnienie. Z różnych przyczyn – np. z obawy przed ostracyzmem społecznym, rozpadem rodziny etc. Może to być też taka osoba, która przez lata nie dopuszczała do siebie myśli, że jest homoseksualna. Wtedy jakiś bodziec: książka, film, czasem zakochanie sprawia, że dana osoba zdaje sobie sprawę ze swojego homoseksualizmu. Jedni decydują się wtedy zmienić swoje życie i mężczyzna wiąże się z innym mężczyzną, a kobieta z kobietą, inni nie.
Dziecko mówi rodzicom „Jestem gejem”, Jestem lesbijką”. Jak reagują rodzice?
To zależy od tego czy matka przypuszczała, że tak może być czy nie. Mówię matka, bo zdecydowana większość gejów i lesbijek mówi najpierw matce, a ojcu dużo później albo nawet nigdy. Jeśli matka się wcześniej domyślała, była przygotowana na to, co usłyszy, łatwiej jej zaakceptować swoje dziecko takie, jakie jest. W innym wypadku jest to dla niej ogromny szok. Przeżywa strach, smutek, złość, zwątpienie, rozczarowanie, przeżywa stratę – planów, marzeń, oczekiwań. Nie chce tego przyjąć do wiadomości. Chwyta się nadziei, że to zachcianka, kaprys, że minie z wiekiem. Dzieci są niecierpliwe i namawiają rodziców, żeby poszli do psychologa, rozmawiali z nimi, czytali książki na ten temat. A rodzice muszą mieć czas, muszą móc się wyżalić, wykrzyczeć. Z moich doświadczeń widzę, że zajmuje to wiele miesięcy.
Rodzice najczęściej pytają: Skąd on to wie? Skąd ona to wie? Skąd?
Jeśli on lub ona ma 19-20 lat to wie z doświadczenia, bo najczęściej ma już za sobą pierwsze relacje emocjonalne i kontakty seksualne i jedne ocenia jako „te, które mu się podobają”, a inne jako takie, w które za żadne skarby nie chce wchodzić. A jeśli dziecko jest młodsze i nie ma jeszcze doświadczeń seksualnych, to i tak wie, kto mu się podoba, kto ściąga jego wzrok, kto powoduje zamieszanie emocjonalne, podniecenie. Jego receptory nastawione są na tę samą płeć.
Matka mówi wtedy do córki: To chociaż spróbuj z chłopakiem…
A córka odpowiada: To ty spróbuj z dziewczyną. Taka zwykle jest reakcja dziecka. We mnie takie namawianie do próbowania budzi wątpliwości moralne. Czy w porządku jest pójście do łóżka z kimś, żeby sprawdzić czy ja mogę z tą płcią czy nie mogę? Młody człowiek naprawdę wie, kto mu się podoba: kto go odpycha, a kto go pociąga. Wie, jakie emocje budzi w nim czyjś widok, rozmowa, przelotny dotyk. Nie trzeba koniecznie chodzić do łóżka, żeby to sprawdzić.
Rodzice często pytają: gdzie popełniliśmy błąd? Gdzie popełnili?
Nigdzie. To, że syn jest gejem, a córka lesbijką nie jest winą rodziców.
Czy rodzice przychodzą wtedy do Pani z dzieckiem i mówią: Proszę je wyleczyć?
Często. Chociaż teraz rzadziej niż wcześniej.
Ale czy homoseksualizm się leczy?
Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że się nie leczy. Tak samo Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Pojawiają się jednak od czasu od czasu w prasie doniesienia, że homoseksualizm jest skłonnością, którą można wyleczyć.
I co Pani na to?
Dla mnie jedynym wykładnikiem jest to, jak się czuje człowiek. Jeśli wie, że płeć przeciwna go nie pociąga, to nie ma sensu go przekonywać, że jest inaczej. Nie leczę z homoseksualizmu. Osoba homoseksualna może podjąć decyzję o nierealizowaniu swoich potrzeb seksualnych – wtedy często w snach i marzeniach towarzyszących masturbacji pojawiają się wątki homoseksualne. Ale to nie znaczy, że przestaje być osobą homoseksualną.
Ktoś kiedyś, w kilka chwil po urodzeniu, na podstawie pobieżnego oglądu, określił płeć dziecka jedną z dwóch nazw – dziewczynka lub chłopiec – zapisano to w jego dokumentach.
Tak rozpoczął się proces społecznego wdrukowywania w tożsamość tego człowieka stygmatu jego płci. Najczęściej okazuje się, że ten ktoś miał rację. Dziewięćdziesiąt kilka procent ludzi urodzonych z narządami płciowymi określonego rodzaju, utożsamia się potem (lub utożsamia w znacznym stopniu) z płcią jaką one znamionują. W kilku procentach przypadków bywa jednak inaczej.
Wywiad z Anną Grodzką – psychologiem klinicznym.
K.B. – Pani Aniu, czy Pani zdaniem płeć psychologiczna zawiera komponenty biologiczne, czy też jest to stereotypowe ujęcie męskości – kobiecości?
A.G. – Płeć psychiczna to część tożsamości psychicznej. Można powiedzieć także inaczej: tożsamość płciowa. Wszystko w człowieku wiąże się jakoś ze sferą jego materialnego, fizycznego istnienia. Płciowość człowieka to nie tylko stereotyp kulturowy i tożsamość psychiczna. Przejawia się ona także na płaszczyźnie procesów chemicznych i struktur anatomicznych. Można opisywać ją i analizować biorąc pod uwagę jej plan genetyczny (płeć chromosomalna), stan genitaliów (płeć genitalna), stan gonad (płeć gonadalna), procesy hormonalne (płeć hormonalna), drugorzędnych zewnętrznych cech płciowych, czy w końcu funkcjonalne i strukturalne cechy mózgu. To wszystko, przynajmniej teoretycznie, jest fizycznie obserwowalne i mierzalne. Całe nasze ciało, a w szczególności hormony i mózg wywierają na nas wpływ w toku całego naszego życia. Zwracam też uwagę, że wcale nie tak rzadko, jak się powszechnie uważa, istnieją osoby posiadające jednocześnie cechy biologiczne obu płci – osoby interseksualne (hermafrodyci). Na każdej biologicznej płaszczyźnie, na jakiej przejawia się płciowość, nie musi być ona binarna – zerojedynkowa. Bywa, że posiada się jakąś cechę płciową określoną tylko w mniejszym lub w większym stopniu, a nie stuprocentowo.
Nasza tożsamość psychiczna – poczucie własnego „ja” – formuje się w toku całego życia. Powstaje z jednej strony, na gruncie istniejących warunków biologicznych i podstaw emocjonalnych, czyli wszystkich predyspozycji, skłonności i zdolności, jakie są w danej chwili uwewnętrznione i zintegrowane w obszarze nas samych. Z drugiej strony na to, kim jesteśmy, nakładają się określone doświadczenia społeczne. Nie nakładają się one bez udziału tego, co już w nas istnieje. Doświadczenia i wpływy społeczne są zatem w jakiejś mierze przez nas filtrowane i cenzurowane. Tym filtrem są istniejące już w nas skłonności, preferencje, nabyta wiedza i wiążące się z nimi reakcje emocjonalne. Tożsamość, w tym tożsamość płciowa, to wynik (choć nie prosta suma) wszystkich tych wpływów. To wynik tego, co płynie z naszego wnętrza, z naszej biologii i uwewnętrznionych doświadczeń oraz oddziaływań płynących ze środowiska. Kształtowanie się tożsamości, to przebiegający nieprzerwanie w toku całego życia proces integracji i uwewnętrzniania (przyjmowania jako własne) nowych doświadczeń społecznych z doświadczeniami, które dana osoba włączyła już w obszar swojej tożsamości – w obszar własnego „ja”. Przy czym należy zauważyć, że nasze „ja” jest konstruktem względnie stabilnym i utrwala się wraz z wiekiem. Jest opoką nas samych. Nowe doświadczenia społeczne nie tak łatwo zmieniają podstawy naszej tożsamości. Czasem mówimy, że trudno coś robić (doświadczać) wbrew sobie. To właśnie o to chodzi. Trudno, a czasem wręcz niemożliwe, jest żyć wbrew własnej tożsamości, przeciwko własnemu „ja”. Najtrwalsze i najbardziej nie poddające się zmianom są nasze najwcześniejsze (wczesno-dziecięce i ukształtowane w okresie prenatalnym) skłonności i doświadczenia. To one przede wszystkim kształtują nasze predyspozycje, postawy i odczucia. One najmocniej związane są z naszymi biologicznymi podstawami. Biorąc nieustannie udział w filtrowaniu doświadczeń społecznych przyjmowanych w obszar własnego „ja” mają znaczny wpływ na kształtowanie się tożsamości.
Zła płeć
„Wszystko funkcjonuje tak, jakbyśmy – osoby transseksualne – wcale nie istnieli”
Fotograf, pracownik socjalny i pisarz – Axel Léotard podpisuje swoją książkę „Mauvais Genre” („Zła płeć” przyp. tłum.) – pierwszą udaną francuską powieść poruszającą temat transseksualizmu. Daje w niej przygnębiającą „wizję lokalną” francuskiej opieki nad osobami transgenderowymi i transseksualnymi.
„Mauvais Genre” Axela Léotarda to historia kobiety, która nigdy nie utożsamiała się ze swoją płcią biologiczną i w końcu stała się mężczyzną. Autor opowiada o jej odrodzeniu – o decyzji ujawnienia się, terapii hormonalnej, operacjach, integracji ze społeczeństwem… Aż do momentu całkowitego przeistoczenia się w Gabriela. Poprzez tę główną postać pisarz daje interesujący obraz społeczności osób transpłciowych. To właśnie odważnym działaniom Axela Léotarda zawdzięcza się trzy minuty ciszy poświęcone osobom chorym na AIDS podczas corocznej Parady Równości. Tym razem pisarz odniósł kolejne zwycięstwo pisząc książkę o tematyce transseksualnej, którą czyta się jak prawdziwą powieść. Jednocześnie jego dzieło to bardzo dobry dokument. Jego lektura wzbogaca i edukuje czytelnika. Wczytując się w losy Gabriela, czytelnik ani na chwilę nie ma ochoty odłożyć książki na półkę. Poniżej przedstawiamy krótki wywiad z autorem „Mauvais Genre” – Axelem Léotardem.
„Mauvais Genre” jest powieścią, a nie autobiografią. Tymczasem można zauważyć wiele punktów wspólnych między tobą, a głównym bohaterem – Gabrielem: tak jak on jesteś transseksualistą, fotografem, a „coming outu” dokonałeś w wieku 33 lat…
Tak, w pewnym sensie jest to moja historia. W książce mieszam fikcję z rzeczywistością, ale nie wszystko jest w niej autobiograficzne. Chciałem przede wszystkim przedstawić społeczność osób transpłciowych, świat prostytutek z Lasku Bulońskiego, osoby transpłciowe idealnie zintegrowane ze społeczeństwem francuskim…
Co się zmienia, kiedy ktoś z kobiety staje się mężczyzną?
Kiedy stajesz się mężczyzną, od razu wszystko jest prostsze! Łatwiej o pracę, o odpowiedzialne stanowisko… Kiedy wyrażasz swoje zdanie, jego słuszność jest ważniejsza niż wtedy, gdy byłeś kobietą i to nawet dla kobiet. Wszystko to sprawiło, że moje podejście do życia jest jeszcze bardziej feministyczne!
Co skłoniło cię do napisania tej książki ?
Przeczytałem wszystkie książki dotyczące kwestii transseksualizmu, jakie ukazały się we Francji, ale uznałem je za niekompletne. Nie widziałem na przykład żadnej publikacji dotyczącej przymusowej sterylizacji narzuconej osobom transseksualnym. W celu uzyskania zmiany tożsamości prawnej mężczyzna, który zostaje kobietą musi przejść waginoplastykę, a przecież nie wszyscy chcą poddać się takiemu zabiegowi. W przypadku dziewczynki, która chce stać się chłopcem, rekonstrukcja penisa nie jest we Francji obowiązkowa z bardzo prostej przyczyny – otóż francuscy chirurdzy nie potrafią jej wykonać! Ale taką dziewczynkę pozbawia się macicy, jajowodów i jajników. W efekcie jest to około 150g organów. Uważam za niezwykle ważne, aby osoba heteroseksualna mogła przeczytać o czymś takim.
Kierujesz zatem swoją książkę do szerokiej publiczności?

Tak. Z jednej strony mamy szpitale Uważam, że należy w tym temacie mówić o wszystkim i zwracać się do jak największej liczby osób. Interesuje mnie, aby Pan i Pani Kowalscy przeczytali tę książkę, ale nie jako coś nadzwyczajnego lub odrażającego. Chcę, aby mogli sobie wyobrazić, że Gabriel to ich sąsiad. Albo nawet syn! I gdyby właśnie to był ich syn, żeby zadali sobie pytanie, czy są w stanie zaakceptować sposób, w jaki traktuje go społeczeństwo.
Poruszasz również problem wirusa HIV w społeczności osób transseksualnych.
Osoby transseksualne stanowią najbardziej dotkniętą wirusem HIV część populacji francuskiej. Jedna na dwie osoby transseksualne jest seropozytywna, a w środowisku osób transseksualnych prostytuujących się aż osiem na dziesięć. Paradoksalnie we Francji nie ma żadnej kampanii prewencyjnej, ani edukacji epidemiologicznej skierowanej do tej grupy społecznej. Wszystko funkcjonuje tak, jakby osoby transseksualne wcale nie istniały.Z drugiej strony istnieją przepisy dot. opieki nad osobami transpłciowymi, które szpitale publiczne notorycznie łamią.
W „Mauvais Genre” ukazujesz tę szpitalną procedurę, ale również przebieg opieki medycznej nad osobami transpłciowymi w sektorze prywatnym. Czy rzeczywiście między tymi dwoma systemami jest przepaść?prywatne, które starają się z grubsza sprostać aktualnym standardom WPATH, które wymaga maksymalnie 3 miesięcy leczenia psychiatrycznego. A z drugiej strony są szpitale publiczne, które przypominają rzeźnie i z których wiele osób transseksualnych wychodzi okaleczonych. Tam leczenie psychiatryczne trwa 2 lata. Dopiero pod koniec tego długiego okresu psychiatra określa, czy pacjent jest osobą transseksualną i czy rozpocząć terapię hormonalną. Tymczasem w przypadku przestępców ekspertyza psychiatryczna trwa od 1 do 3 miesięcy…
Co należy zatem zmienić?
Podczas idealnej diagnozy konsultacja psychiatryczna nie powinna trwać dłużej niż 3 miesiące. Ponadto terapii hormonalnej powinna towarzyszyć zmiana tożsamości prawnej. Trzeba również zaprzestać sterylizacji oraz obowiązkowych operacji korekty płci biologicznej. Są to praktyki godne obozów koncentracyjnych podczas II wojny światowej.
źródło:
Oryginał powyższego artykułu, Tout est fait comme si nous, trans, n’existions pas autorstwa Marie Kirschen został opublikowany po francusku 10 marca 2009, na stronie internetowej francuskiego czasopisma Têtu.
tłumaczenie: JOANNA
korekta: Wiktor
URL : http://www.tetu.com/actualites/france/-tout-est-fait-comme-si-nous-trans-nexistions-pas–14184
Autor wypowiada się nt. sytuacji osób transseksualnych we Francji. W Polsce nie istnieje przymus sterylizacji w trakcie procesu korekty płci. Sterylizację przeprowadza się dopiero po prawnej zmianie danych osobowych i na wyraźne życzenie osoby transseksualnej. (przyp. red.)
Waginoplastyka jest zabiegiem mającym na celu zmianę narządów męskich w żeńskie. Sterylizacja odbywa się zwykle podczas osobnego, wcześniejszego zabiegu – orchidektomii. (przyp. red.)
Ani orientacja seksualna, ani tożsamość płciowa nie mają realnego wpływu na możliwość zarażenia się wirusem HIV. Istnieją tzw. ryzykowne zachowania, jednakże odnoszą się one do rodzajów kontaktów seksualnych, a nie do preferencji jako takich. Fundacja Trans-Fuzja nie posiada informacji, które potwierdzałyby dane przytoczone w wywiadzie nt. występowania wirusa HIV wśród transpłciowej społeczności we Francji. Należy także pamiętać, że dane te w żadne mierze nie odnoszą się do sytuacji polskiej (przyp.red.)
World Professional Association for Transgender Health (WPATH) (przyp.tłum.).
Procedura opisana w wywiadzie różni się od polskiej w znaczący sposób. Osoby zainteresowane przebiegiem leczenia w Polsce powinny zasięgnąć informacji na portalu transseksualizm.pl (www.transseksualizm.pl/portal.php).
W związku rozmowa jest bardzo ważna 2
Druga część wywiadu z Ygą Kostrzewą.
Ja: A co z wiernością? Gdzie ona wtedy jest?
Y.K.: Odpowiem tak: w każdym związku – prędzej czy później – dochodzi do zdrady czy też rozmowy o niej. A jeśli nie dochodzi – to się zdradza albo też związek nie jest szczery, nie rozmawia się o tych sprawach – tak też bywa. Decyzja należy oczywiście do obu stron, jak związek ma wyglądać. Są osoby bardzo monogamiczne, które nie wyobrażają sobie zdrady fizycznej. Są także osoby, dla których seks jest tylko przyjemnością. Według mnie ludzie nie są tak prosto skonstruowani: albo monogamiczni i desperacko wierni albo rozwiąźli. Każdemu może się zdarzyć jakieś zauroczenie, chęć spróbowania czegoś nowego w seksie. Czy w związku z tym należy przekreślić bycie z drugą osobą? Lepiej o tym porozmawiać, dojrzeć do tego, niż od razu zrywać – jak to się często dzieje. Jedno takie zachowanie i kilka lat wspólnego bycia zostaje przekreślone – to trochę nielogiczne. Może tak do końca nie byliśmy / byłyśmy dla siebie… warto sobie ustalić pewne granice, na co się w związku zgadzamy, a na co nie. Zapewniam, że ludzie są jednak elastyczni – często jest to kwestia czasu…
Ja: Mam podobne poglądy na ten temat. Podsumowując można stwierdzić, że rozmowa to podstawa w budowaniu wspólnych relacji partnerskich. Odbiegając totalnie od tematu zapytam, jaka jest Twoja ulubiona forma spędzania wolnego czasu?
Y.K.: Generalnie – robić to, co lubię, realizować swoje hobby. Są to różne rzeczy: czytanie książek, gotowanie, rower, wycieczki, podróże, słuchanie muzyki, korzystanie z kultury szeroko rozumianej… czasem spotkania ze znajomymi, kino.
Ja: Korzystanie z kultury szeroko rozumianej? Co masz na myśli?
Y.K.: Na przykład wystawy uliczne, muzea, wszelkie wydarzenia związane z przestrzenią uliczno-miejską, koncerty, festiwale uliczne, których w Warszawie jest sporo, ale też Parady i Marsze Równości.
Ja: Skoro już nawiązałaś do Parady – dlaczego one są organizowane i co masz z tym przedsięwzięciem wspólnego?
Y.K.: Paradę wielokrotnie współorganizowałam – w 2004 roku, gdy ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński zabronił nam przemarszu, współorganizowałam Wiec Równości. W kolejnym, 2005 roku wraz z innymi osobami, uczestniczyłam w procesie, który zawiódł nas aż do Strasburga, do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Sprawę tę znamy jako „Bączkowski i inni przeciwko Polsce” – od tamtej pory nie można już zakazywać Parad ani Marszów Równości. Udało się to wywalczyć. W zeszłym roku chciałam, aby Parada miała bardziej polityczny wydźwięk, stąd pomysł na tworzenie tzw. patykowców lub patyczaków, jak je nazywamy. Chodzi o pokazanie ważnych, politycznych haseł, pod którymi się podpisujemy – aby Parada nie była tylko zabawą, a przede wszystkim taką tubą polityczną, przez którą raz w roku możemy głośno, na ulicy powiedzieć: chcemy równych praw, domagamy się publicznego zajęcia sprawami dyskryminacji i równego traktowania, chcemy ustawy o związkach partnerskich, zmiany przepisów o mowie nienawiści. Od 2004 r. organizowaniem Parady Równości w Warszawie zajmuje się Fundacja Równości, w tym celu powołana. Jestem przewodniczącą Rady Fundacji. Parada jest dość ważnym wydarzeniem na mapie Warszawy i Polski. To największa tego typu manifestacja i jedna z największych w ogóle w Polsce. Pamiętać też musimy, iż za rok, w 2010 odbędzie się EuroParada w Warszawie, podczas której spodziewanych jest ok. 50 tys. gości – będzie więc to pod względem liczebności przedsmak Euro 2012.
Ja: Czy nie wydaje Ci się, że mając tubę polityczną i zabawę razem, to tuba polityczna nie ma swojej mocy i czy chcesz czy nie pozostaje wtedy niezauważona?
Y.K.: Nie wydaje mi się. Parada Równości jest dla wszystkich. Zdecydowanie powinna mieć formułę włączającą każdego, kto popiera nasze postulaty. Można to robić poprzez zabawę i poprzez pokazywanie żądań. Dzięki temu, iż jest kolorowa – pokazują ją w mediach, a organizatorzy czy poszczególne osoby mówią o problemach, co chcieliby zmienić. Marsz Normalności jest pełen haseł politycznych, a mało kto zwraca na niego uwagę – bo jest po prostu nudny.
Ja: Opowiedz też coś o Europaradzie: dlaczego jest taka wyjątkowa?
Y.K.: Jest wyjątkowa, ponieważ po raz pierwszy odbędzie się w kraju „zza żelaznej kurtyny”, w kraju środkowoeuropejskim. Wciąż wielu Europejczyków nie wie, co dzieje się w krajach na wschód od Niemiec, nie wiedzą jak wygląda tu życie i sprawy LGBTQ. O Polsce zrobiło się głośno, gdy homofobicznie szalała nasza władza – prezydent, rząd na czele z Giertychem. I to był jeden z ważniejszych powodów, dlaczego należy zorganizować u nas Europaradę. Znana jest już data – 17.07.2010, czyli z rocznym wyprzedzeniem, jak nigdy dotąd. Przyjedzie na pewno dziesiątki tysięcy osób, tego się spodziewamy, ma być duży wybór imprez towarzyszących. Bardzo jestem tego ciekawa!
Ja: Kto zajmuje się Paradą Równości? Skąd mają na to pieniądze?
Y.K.: W Warszawie organizacją parady zajmuje się Fundacja Równości. Kieruje nią Tomasz Bączkowski, który pozyskuje środki na działalność z różnych źródeł, głównie zagranicznych. Udział w Paradzie, na zasadzie komercyjnej platformy, też jest płatny. Wszelkie inne pytania proszę kierować do Fundacji.
Ja: Wiele razy chciałaś, żebym zapytała się Ciebie jaki jest Twój stosunek do krwiodawstwa, dlaczego?
Y.K.: Dlatego że ważnym jest promowanie honorowego krwiodawstwa. Krwi brakuje w Polsce permanentnie, a już szczególnie podczas wakacji, gdy zdarza się więcej wypadków. Od kilkunastu lat jestem honorową krwiodawczynią i jestem z tego dumna. Co roku oddaję krew, aby pomóc innym, i nawet żadne straszenie, że krew od osób homoseksualnych jest gorsza nie spowodowało tego, że przerwałam ten dobry zwyczaj. Moja krew jest za każdym razem surowo badana i okazuje się, iż zawsze była zdrowa, aby móc się nią podzielić z potrzebującymi. Wiem, iż honorowym krwiodawcą jest też Robert Biedroń – uważam to za bardzo dobry społecznie nawyk, który jest symbolicznym oddaniem cząstki siebie dla drugiego człowieka – i jakie to chrześcijańskie!
Ja: Dziękuję Ci za wywiad i mam nadzieję, że to nie ostatni jakiego nam udzieliłaś.
W związku rozmowa jest bardzo ważna 1
Rozmowa z Ygą Kostrzewą – z cyklu o wszystkim i o niczym – czyli jaki światopogląd na życie ma rzeczniczka Lambdy.
Ja: Twoje motto życiowe to „Carpe diem”. W życiu borykałaś się z poważnymi problemami i licznymi wyzwaniami. Z czym teraz usiłuje się zmierzyć Yga Kostrzewa? I jak zamierza to osiągnąć?
Yga Kostrzewa: To pytanie bardzo ogólne – mam bardzo wiele pomysłów na różne akcje, artykuły, projekty z dziedziny LGBTQ, ale nie wystarcza mi czasu, czasem pomysłu albo dodatkowych rąk do pracy, aby je zrealizować. Na pewno muszę jak najszybciej napisać pracę końcową na moje studia podyplomowe Gender Studies. W planach kolejne rzeczy, także przygotowania do EuroPride 2010. Mam też wyzwanie w życiu prywatnym, związane z pewnymi technicznymi rzeczami, ale to spore wyzwanie i muszę temu poświęcić trochę czasu.
Ja: Co skłoniło Cię do wzięcia udziału w filmie pt. „Polski coming out”? Osobiście widziałam pilota. Pierwsze odczucie jakie z przyjaciółkami z branży miałyśmy po projekcji, to smutek. Wypowiedź kobiety, ze łzami w oczach… zasiała lekki niepokój wśród moich przyjaciółek. Czy Twoje życie jest tak smutne, jak dało się odczuć w tym pilocie? Czy uważasz, że życie w branży jest AŻ TAK smutne?
Y.K.: Do udziału w filmie zaprosił mnie reżyser, Sławek Grunberg. Okazał się świetnym, kontaktowym człowiekiem. Chciał pokazać, jak wygląda sytuacja, jak osoby homoseksualne odbierają atmosferę, która panowała za rządów PiS. I bardzo dobrze ją oddał – dziś jesteśmy już spokojniejsi, ale naprawdę, wrażliwym osobom nie było wtedy do śmiechu. Przypomnijmy sobie wystąpienia ministrów Giertycha czy Orzechowskiego, którzy postulowali by zwalniać gejów i lesbijki – nauczycieli ze szkół, piętnować. Wojciech Wierzejski nakazał kontrolę organizacji LGBT, ponieważ twierdził, że mają powiązania mafijne – taką kontrolę mieliśmy w Lambdzie. Oczywiście jego teza nie została udowodniona, bo była absurdalna, ale mając władzę mógł nam wiele zrobić. To były 2 lata bardzo dla nas trudne. Konsekwencje tego mamy do dziś. Oczywiście moje życie nie polega tylko na smutku, choć wówczas byłam bardzo zaniepokojona tą sytuacją. To była nagonka na nas i nikt nie wiedział do czego doprowadzi ani na czym się skończy. Sytuacja poprawiła się tylko o tyle, że teraz brak nagonki oficjalnej, ale reszta pozostała bez zmian.
Ja: Sytuację, a raczej ten niepokój związany z agresją PiS dało się odczuć również u nas w Słupsku. Opowiedz w skrócie na czym polegała kontrola w Lambdzie przez PiS?
Y.K.: PiS nie może przeprowadzić kontroli, bo nie jest uprawniony [śmiech]. Ale Wojciech Wierzejski (z LPR), z racji funkcji jaką pełnił miał taką możliwość, aby tę kontrolę zlecić. Przyszły do nas osoby oddelegowane i przeglądały dokumenty, rachunki, wypytywały przewodniczącego zarządu. Wszystko sprawnie i bezboleśnie, bo obie strony wiedziały o absurdalności tej kontroli.
Ja: Rozumiem. Czym jest dla Ciebie patriotyzm? Jak utożsamiasz się ze swoim krajem?
Y.K.: Uważam siebie za patriotkę. W tym sensie, że znam swój kraj, znam jego historię i czuję się tutaj jak u siebie w domu. Znam Polskę dość dobrze, prawie wszystkie jej zakątki – przez wiele lat podróżowałam, docierając do małych mieścinek często pamiętających historię, jakiej już nie ma – Żydów, dawnych posiadłości ziemskich, zamków czy pałaców. Znam wiele ciekawostek na temat różnych atrakcji, więc śmiało mogłabym pracować jako przewodnik. Czuję, że to jest moje miejsce, mój dom. Nie chciałabym wyemigrować na stałe do innego kraju. Mam poczucie, że wiele tutaj jest do zrobienia. Odczuwam pewną misję, którą mam do wykonania, może to zbyt górnolotne. Mogłabym za granicą mieszkać, ale tylko jakiś czas – może rok, może krócej. Ciągnęłoby mnie do Polski, przebywałam po kilka miesięcy za granicą – stąd wiem. Mimo wszystko – mimo wielu wad, bałaganu, biurokracji – wciąż mi się tu podoba. Bo można pojechać sobie do lasu (na szczęście nie są prywatne!), nad jezioro, nad morze. Zima też bywa urocza. Z ludźmi można się dogadać, często są życzliwi i pomocni. Mam tu przyjaciół i bardzo wielu znajomych. Jest mi tu dobrze choć wiem, że mogłoby być lepiej i że jest wiele do zrobienia. Ale zmieniamy Polskę, to pewne.
Ja: Ja także odwiedzam miejsca żydowskie. W domu darzymy szacunkiem odmienność kulturową. Mówisz o poczuciu misji. Jaka jest to misja?
Y.K.: Misja szerzenia tolerancji, zaświadczania własną osobą. Pokazywania, że można żyć w Polsce jako osoba homoseksualna, można się realizować. Że lesbijki nie gryzą. Że mogą być „zwyczajne” jako osoby. Jeśli potrzeba, staję się również Żydówką, niepełnosprawną, mniejszością etniczną, wyznaniową. Staram się bronić mniejszości, maluczkich. Niejednokrotnie w różnych miejscach pojawiają się różne dyskusje, czasami kłamliwe stereotypy, trzeba to prostować. Ale przede wszystkim zajmuję się osobami homoseksualnymi – i staram się pokazywać, iż jesteśmy tacy jak inni i należy się nam prawo do zdrowego współistnienia bez homofobii, leczenia, terapii, nawracania, oskarżania – to trzeba codziennie powtarzać w różnych kontekstach różnym osobom, w różny sposób. Powtarzać aż do znudzenia, bo wiele osób w Polsce uważa to co najmniej za dziwaczność, nienormalność, że „coś z tym trzeba zrobić”, że tak być nie może – bo narażamy najmłodszych na „te dewiacje, zboczenia”.
Ja: Czy jest jakiś złoty środek na utrzymanie związku według Ciebie? Podejrzewam, że długo jesteś z Anią [Zawadzką – przyp. red. nacz.] i obalasz mit, że związki lesbijskie są krótkotrwałe. Jak udaje się wam być ze sobą?
Y.K.: Nie jestem terapeutką, mogę bazować tylko na własnym, długim doświadczeniu. Złotego środka, jak w przypadku innych kwestii nie ma, ale bardzo ważną rzeczą jest rozmawianie. O wszystkim, co nas boli, dotyka, co nam się nie podoba. Ważne jest wypracowanie takiej płaszczyzny, aby można było spokojnie o tym z partnerem/partnerką rozmawiać. Liczy się też wspólne analizowanie różnych naszych zachowań, jeśli coś było nie OK. Oczywiście wspólne jakieś plany, przedsięwzięcia – ale to kwestia indywidualna, czy np. mamy wspólne pasje i czy razem wyjeżdżamy na wakacje. Na pewno coś, co jest wspólne, bardziej jednoczy. Takie coś według mnie może się zawierać w haśle: widzimy ten sam punkt, ale możemy różnymi drogami do niego dochodzić. Wspólnota jest podstawą dobrego związku, wybaczanie – również. Zawsze pojawia się w związku kwestia zdrady. Prędzej czy później będzie bardzo ważne co z tym zrobimy, jak to przerobimy. Możemy od razu się rozstać, a możemy to przerobić, przegadać. Zakładam oczywiście związek partnerski, o innym wiem mało albo prawie nic [śmiech].
Ja: Przeżyłaś zdradę? Jak zareagowałaś?
Y.K.: Nasz związek to 14-letnia przygoda. Oczywiście gdybyśmy podchodziły do niego stereotypowo, to mógłby się on już dawno rozpaść – były takie zdarzenia, po których ludzie się często czy zazwyczaj rozstają, obserwujemy to wokoło wśród dalszych i bliższych znajomych. Dla mnie jednak praca nad związkiem to rzecz niezwykła. Jeśli tylko obie strony chcą, można to zrobić. Jednak jest to bardzo trudne i nie każdemu chce się podjąć tę rękawicę. Dla niektórych rozstać się jest prościej, założyć nowy związek, ale to dla mnie błędne koło. Jeśli już mamy nić porozumienia, kochamy się – po co to przerywać? Dla mnie właśnie praca nad związkiem to jest wartość, której często wokoło siebie nie widzę…
cdn…
Droga do coming outu 2
A jaki jest twój problem z lesbijkami? Jak to się stało, że na 57 kobiet w „Karuzeli..“ nie ma ani jednej?
Naprawdę? Nie wiem, dlaczego tak się stało, bardzo lubię lesbijki. A jaka by mogła być?
Nie wiem, choćby Dusty Springfield.
Hmmm… nie moja epoka, chyba wolałbym coś napisać o Ellen DeGeneres, jest mi bliższa.
Miałeś okazję poznać homoseksualistów, którzy dziś już są postaciami historycznymi, np. Jerzego Andrzejewskiego. W „Karuzeli z herosami“ napisałeś, że wasze spotkanie to historia na zupełnie inną opowieść niż wywiad, który się ukazał.
To było jesienią 1981 roku. Tuż przed stanem wojennym robiłem wywiad z autorem „Popiołu i diamentu“ dla katolickiego tygodnika „Za i przeciw“. Rozmowa dotyczyła głównie kwestii patriotycznych, ale Andrzejewski próbował skierować moje myślenie na sprawy gejowskie. Miałem 24 lata, a on poił mnie nalewką i opowiadał z przejęciem o swojej platonicznej miłości do Michała Bajora, który grał wtedy w filmie „W biały dzień“ w reż. Edwarda Żebrowskiego; był pod wielkim wrażeniem jego chłopięcości. Opowiadał o „Marysi“ Dąbrowskiej, jaka to była wspaniała lesbijka, pomstował na zakłamany świat, który zmuszał ją do ukrywania się, a potem też zakłamywania tego w biografiach. Mówił o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, który był jego wielką fascynacją, wybuchał nienawiścią do jego żony Basi, zarzucał jej, że w czasie powstania nie ukryła go pod podłogą, żeby go ocalić, a przecież taki geniusz rodzi się raz na kilka pokoleń. To było spotkanie jak na tamte czasy wyjątkowo otwarte, mówienie o tych wszystkich sławnych ludziach w kategoriach homoseksualnego zauroczenia wydawało się w tym całym zamieszaniu tuż przed stanem wojennym czymś… abstrakcyjnym. Oczywiście znałem plotki na temat samego Andrzejewskiego (który był dwukrotnie żonaty i miał dzieci): mówiło się, że „lubi chłopców“. Dzisiaj mam wrażenie, że Andrzejewski próbował zmienić temat rozmowy i przekształcić ją w opowieść o artystach przeklętych z powodu niemożności zrealizowania homoseksualnej tożsamości. To była właściwie jedyna kwestia, która go interesowała.
A Jerzy Waldorff?
Waldorff to zupełnie inna historia, bo on żył w długoletnim związku, chociaż w towarzystwie swojego partnera oficjalnie się nie pokazywał. Gdy robiłem dla telewizji wywiad z Waldorffem u niego w domu, pan Miecio siedział w kuchni i nie wolno mu było stamtąd wychodzić.
Czyli nie mogłeś nawet poznać Mieczysława Jankowskiego?
To było zdumiewające, bo z jednej strony byli razem ponad pół wieku i właściwie o tym się wiedziało, a z drugiej – on był całkowicie w cieniu. Nawet w Operze nie stawali obok siebie, tylko pan Miecio gdzieś krążył, a Waldorff rozmawiał z kolejnymi prominentnymi osobami.
Czy pamiętasz moment, kiedy zrozumiałeś, że posiadasz tożsamość gejowską?
Ja chyba zawsze czułem, że jestem gejem. Tylko inicjację seksualną miałem bardzo późno. Zresztą zaczynałem z kobietami, trochę z rozpędu, bez przekonania, nie z mojej inicjatywy. Dopiero na drugim roku studiów przeżyłem seks z mężczyzną, który od razu okazał się dla mnie satysfakcjonujący, chociaż anonimowy, przypadkowy i niepołączony z miłością. Uważam, że to cudowne, móc iść do łóżka z człowiekiem, którego się kocha, ale żeby pójść z kimś do łóżka, niekoniecznie trzeba kochać. Mój Marcin się z tym nie zgadza.
A co zmieniło się w twoim podejściu do mówienia o swoim homoseksualizmie?
Dawniej nie chciałem, by to że jestem gejem miało w jakikolwiek sposób wpływać na moje życie. Myślałem sobie: dobrze, jestem gejem, to jest kwestia mojego popędu seksualnego, natomiast nie ma to nic wspólnego z moim wizerunkiem publicznym, moją pracą, bo co to kogo obchodzi? Prywatnie nie ukrywałem, że jestem gejem, ale też nigdy tego nie podkreślałem. Pamiętam rozmowę w klubie gejowskim w Londynie, gdy miałem 23 lata. Tam, jak to w klubie, ktoś podszedł, postawił drinka i zaczęliśmy rozmawiać. To był Anglik, zapytał, skąd jestem, a gdy się dowiedział, natychmiast zasypał mnie pytaniami: jak żyją geje w Polsce? Czy walczymy o swoje prawa? Jakie są organizacje? Dlaczego godzimy się na to, żeby nie mieć tego czy tamtego? Odpowiedziałem mu, że przecież możemy normalnie żyć, nikt nas nie wsadza do więzień, więc o co chodzi, czy to mało?
Dzisiaj myślę inaczej. Zrozumiałem, że to, co mi się wydawało łatwą do naśladowania normą i zwyczajną codziennością, to tylko pozór. Sam sobie wmawiałem, że bycie gejem nie wpływa na sposób myślenia. Myliłem się. Dostrzegłem coś oczywistego: bycie gejem radykalnie wpływa na sposób postrzegania świata właściwie we wszystkich płaszczyznach życia i myślenia. To się łączy z innym stosunkiem do instytucji rodziny i tradycji, która z reguły jest niesprzyjająca gejom. Z koniecznością wykreowania siebie na silną osobowość, ponieważ słaby gej właściwie nie ma szans na zrealizowanie swojej tożsamości. Żeby mieć udane, spełnione życie gej musi włożyć w nie dużo więcej wysiłku niż heteroseksualista. Musi być twardszy, bardziej samodzielny, samowystarczalny i świadomy zarówno swoich celów, jak i swoich interesów: po to, żeby mógł przetrwać jako gej! W przeciwnym razie grozi mu życie połowiczne w różnego rodzaju formach przetrwalnikowych, kokonach – w niespełnieniu, w stanie emocjonalnego niedorozwinięcia.
Kiedy zacząłeś myśleć o coming oucie?
Od kilku lat odczuwałem narastającą dysproporcję między tym, co czuję i jak postrzegam świat, a tym, jak świat postrzega mnie. Zorientowałem się, że zaczynam być dla wielu młodych ludzi autorytetem, bo moje teksty pojawiły się w podręcznikach szkolnych do języka polskiego, poza tym raz po raz ktoś oświadczał, że „wychował się“ na moich rozmowach z Zygmuntem Kałużyńskim, na „Perłach z lamusa“. Nawet zakładając, że część z tych oświadczeń to były tylko komplementy, musiałem przyznać, że znalazłem się w nieoczekiwanej sytuacji. Wpadło mi wtedy do głowy: ciekawe, co pomyśleliby oni wszyscy, gdyby wiedzieli, że jestem gejem? Czy zmieniliby o mnie zdanie? Wytworzyła się swoista schizofrenia: mój wizerunek publiczny zaczął się wyraźnie oddalać od wizerunku w moich własnych oczach. Po to, żeby wrócić do równowagi, swoje myśli oprzeć na niepomniejszonym fundamencie i móc dalej pracować, pisać, występować publicznie, musiałem połączyć te postacie w jedną, za to trójwymiarową.
Właśnie dlatego szukałem pretekstu, żeby zrobić coming out w sposób spektakularny, uroczysty i na moich warunkach. Kiedy „Berek“ został ukończony, a Marcin Szczygielski poprosił mnie, abym napisał do niego wstęp, pomyślałem, że to jest właśnie ta uroczysta chwila, która świetnie nadaje się do zrealizowania planu. I odbył się coming out. Z hukiem, jak trzeba. Bo, żeby poczuć się całkowicie wolnym, huk też jest potrzebny. Huk przekłutego balona.
Autor: Krzysztof Tomasik
Artykuł pochodzi z portalu Replika
