Rozmowa z Ygą Kostrzewą – z cyklu o wszystkim i o niczym – czyli jaki światopogląd na życie ma rzeczniczka Lambdy.
Ja: Twoje motto życiowe to „Carpe diem”. W życiu borykałaś się z poważnymi problemami i licznymi wyzwaniami. Z czym teraz usiłuje się zmierzyć Yga Kostrzewa? I jak zamierza to osiągnąć?
Yga Kostrzewa: To pytanie bardzo ogólne – mam bardzo wiele pomysłów na różne akcje, artykuły, projekty z dziedziny LGBTQ, ale nie wystarcza mi czasu, czasem pomysłu albo dodatkowych rąk do pracy, aby je zrealizować. Na pewno muszę jak najszybciej napisać pracę końcową na moje studia podyplomowe Gender Studies. W planach kolejne rzeczy, także przygotowania do EuroPride 2010. Mam też wyzwanie w życiu prywatnym, związane z pewnymi technicznymi rzeczami, ale to spore wyzwanie i muszę temu poświęcić trochę czasu.
Ja: Co skłoniło Cię do wzięcia udziału w filmie pt. „Polski coming out”? Osobiście widziałam pilota. Pierwsze odczucie jakie z przyjaciółkami z branży miałyśmy po projekcji, to smutek. Wypowiedź kobiety, ze łzami w oczach… zasiała lekki niepokój wśród moich przyjaciółek. Czy Twoje życie jest tak smutne, jak dało się odczuć w tym pilocie? Czy uważasz, że życie w branży jest AŻ TAK smutne?
Y.K.: Do udziału w filmie zaprosił mnie reżyser, Sławek Grunberg. Okazał się świetnym, kontaktowym człowiekiem. Chciał pokazać, jak wygląda sytuacja, jak osoby homoseksualne odbierają atmosferę, która panowała za rządów PiS. I bardzo dobrze ją oddał – dziś jesteśmy już spokojniejsi, ale naprawdę, wrażliwym osobom nie było wtedy do śmiechu. Przypomnijmy sobie wystąpienia ministrów Giertycha czy Orzechowskiego, którzy postulowali by zwalniać gejów i lesbijki – nauczycieli ze szkół, piętnować. Wojciech Wierzejski nakazał kontrolę organizacji LGBT, ponieważ twierdził, że mają powiązania mafijne – taką kontrolę mieliśmy w Lambdzie. Oczywiście jego teza nie została udowodniona, bo była absurdalna, ale mając władzę mógł nam wiele zrobić. To były 2 lata bardzo dla nas trudne. Konsekwencje tego mamy do dziś. Oczywiście moje życie nie polega tylko na smutku, choć wówczas byłam bardzo zaniepokojona tą sytuacją. To była nagonka na nas i nikt nie wiedział do czego doprowadzi ani na czym się skończy. Sytuacja poprawiła się tylko o tyle, że teraz brak nagonki oficjalnej, ale reszta pozostała bez zmian.
Ja: Sytuację, a raczej ten niepokój związany z agresją PiS dało się odczuć również u nas w Słupsku. Opowiedz w skrócie na czym polegała kontrola w Lambdzie przez PiS?
Y.K.: PiS nie może przeprowadzić kontroli, bo nie jest uprawniony [śmiech]. Ale Wojciech Wierzejski (z LPR), z racji funkcji jaką pełnił miał taką możliwość, aby tę kontrolę zlecić. Przyszły do nas osoby oddelegowane i przeglądały dokumenty, rachunki, wypytywały przewodniczącego zarządu. Wszystko sprawnie i bezboleśnie, bo obie strony wiedziały o absurdalności tej kontroli.
Ja: Rozumiem. Czym jest dla Ciebie patriotyzm? Jak utożsamiasz się ze swoim krajem?
Y.K.: Uważam siebie za patriotkę. W tym sensie, że znam swój kraj, znam jego historię i czuję się tutaj jak u siebie w domu. Znam Polskę dość dobrze, prawie wszystkie jej zakątki – przez wiele lat podróżowałam, docierając do małych mieścinek często pamiętających historię, jakiej już nie ma – Żydów, dawnych posiadłości ziemskich, zamków czy pałaców. Znam wiele ciekawostek na temat różnych atrakcji, więc śmiało mogłabym pracować jako przewodnik. Czuję, że to jest moje miejsce, mój dom. Nie chciałabym wyemigrować na stałe do innego kraju. Mam poczucie, że wiele tutaj jest do zrobienia. Odczuwam pewną misję, którą mam do wykonania, może to zbyt górnolotne. Mogłabym za granicą mieszkać, ale tylko jakiś czas – może rok, może krócej. Ciągnęłoby mnie do Polski, przebywałam po kilka miesięcy za granicą – stąd wiem. Mimo wszystko – mimo wielu wad, bałaganu, biurokracji – wciąż mi się tu podoba. Bo można pojechać sobie do lasu (na szczęście nie są prywatne!), nad jezioro, nad morze. Zima też bywa urocza. Z ludźmi można się dogadać, często są życzliwi i pomocni. Mam tu przyjaciół i bardzo wielu znajomych. Jest mi tu dobrze choć wiem, że mogłoby być lepiej i że jest wiele do zrobienia. Ale zmieniamy Polskę, to pewne.
Ja: Ja także odwiedzam miejsca żydowskie. W domu darzymy szacunkiem odmienność kulturową. Mówisz o poczuciu misji. Jaka jest to misja?
Y.K.: Misja szerzenia tolerancji, zaświadczania własną osobą. Pokazywania, że można żyć w Polsce jako osoba homoseksualna, można się realizować. Że lesbijki nie gryzą. Że mogą być “zwyczajne” jako osoby. Jeśli potrzeba, staję się również Żydówką, niepełnosprawną, mniejszością etniczną, wyznaniową. Staram się bronić mniejszości, maluczkich. Niejednokrotnie w różnych miejscach pojawiają się różne dyskusje, czasami kłamliwe stereotypy, trzeba to prostować. Ale przede wszystkim zajmuję się osobami homoseksualnymi – i staram się pokazywać, iż jesteśmy tacy jak inni i należy się nam prawo do zdrowego współistnienia bez homofobii, leczenia, terapii, nawracania, oskarżania – to trzeba codziennie powtarzać w różnych kontekstach różnym osobom, w różny sposób. Powtarzać aż do znudzenia, bo wiele osób w Polsce uważa to co najmniej za dziwaczność, nienormalność, że “coś z tym trzeba zrobić”, że tak być nie może – bo narażamy najmłodszych na “te dewiacje, zboczenia”.
Ja: Czy jest jakiś złoty środek na utrzymanie związku według Ciebie? Podejrzewam, że długo jesteś z Anią [Zawadzką – przyp. red. nacz.] i obalasz mit, że związki lesbijskie są krótkotrwałe. Jak udaje się wam być ze sobą?
Y.K.: Nie jestem terapeutką, mogę bazować tylko na własnym, długim doświadczeniu. Złotego środka, jak w przypadku innych kwestii nie ma, ale bardzo ważną rzeczą jest rozmawianie. O wszystkim, co nas boli, dotyka, co nam się nie podoba. Ważne jest wypracowanie takiej płaszczyzny, aby można było spokojnie o tym z partnerem/partnerką rozmawiać. Liczy się też wspólne analizowanie różnych naszych zachowań, jeśli coś było nie OK. Oczywiście wspólne jakieś plany, przedsięwzięcia – ale to kwestia indywidualna, czy np. mamy wspólne pasje i czy razem wyjeżdżamy na wakacje. Na pewno coś, co jest wspólne, bardziej jednoczy. Takie coś według mnie może się zawierać w haśle: widzimy ten sam punkt, ale możemy różnymi drogami do niego dochodzić. Wspólnota jest podstawą dobrego związku, wybaczanie – również. Zawsze pojawia się w związku kwestia zdrady. Prędzej czy później będzie bardzo ważne co z tym zrobimy, jak to przerobimy. Możemy od razu się rozstać, a możemy to przerobić, przegadać. Zakładam oczywiście związek partnerski, o innym wiem mało albo prawie nic [śmiech].
Ja: Przeżyłaś zdradę? Jak zareagowałaś?
Y.K.: Nasz związek to 14-letnia przygoda. Oczywiście gdybyśmy podchodziły do niego stereotypowo, to mógłby się on już dawno rozpaść – były takie zdarzenia, po których ludzie się często czy zazwyczaj rozstają, obserwujemy to wokoło wśród dalszych i bliższych znajomych. Dla mnie jednak praca nad związkiem to rzecz niezwykła. Jeśli tylko obie strony chcą, można to zrobić. Jednak jest to bardzo trudne i nie każdemu chce się podjąć tę rękawicę. Dla niektórych rozstać się jest prościej, założyć nowy związek, ale to dla mnie błędne koło. Jeśli już mamy nić porozumienia, kochamy się – po co to przerywać? Dla mnie właśnie praca nad związkiem to jest wartość, której często wokoło siebie nie widzę…
cdn…
Czytelnictwo: 5%