A jaki jest twój problem z lesbijkami? Jak to się stało, że na 57 kobiet w „Karuzeli..“ nie ma ani jednej?
Naprawdę? Nie wiem, dlaczego tak się stało, bardzo lubię lesbijki. A jaka by mogła być?
Nie wiem, choćby Dusty Springfield.
Hmmm… nie moja epoka, chyba wolałbym coś napisać o Ellen DeGeneres, jest mi bliższa.
Miałeś okazję poznać homoseksualistów, którzy dziś już są postaciami historycznymi, np. Jerzego Andrzejewskiego. W „Karuzeli z herosami“ napisałeś, że wasze spotkanie to historia na zupełnie inną opowieść niż wywiad, który się ukazał.
To było jesienią 1981 roku. Tuż przed stanem wojennym robiłem wywiad z autorem „Popiołu i diamentu“ dla katolickiego tygodnika „Za i przeciw“. Rozmowa dotyczyła głównie kwestii patriotycznych, ale Andrzejewski próbował skierować moje myślenie na sprawy gejowskie. Miałem 24 lata, a on poił mnie nalewką i opowiadał z przejęciem o swojej platonicznej miłości do Michała Bajora, który grał wtedy w filmie „W biały dzień“ w reż. Edwarda Żebrowskiego; był pod wielkim wrażeniem jego chłopięcości. Opowiadał o „Marysi“ Dąbrowskiej, jaka to była wspaniała lesbijka, pomstował na zakłamany świat, który zmuszał ją do ukrywania się, a potem też zakłamywania tego w biografiach. Mówił o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, który był jego wielką fascynacją, wybuchał nienawiścią do jego żony Basi, zarzucał jej, że w czasie powstania nie ukryła go pod podłogą, żeby go ocalić, a przecież taki geniusz rodzi się raz na kilka pokoleń. To było spotkanie jak na tamte czasy wyjątkowo otwarte, mówienie o tych wszystkich sławnych ludziach w kategoriach homoseksualnego zauroczenia wydawało się w tym całym zamieszaniu tuż przed stanem wojennym czymś… abstrakcyjnym. Oczywiście znałem plotki na temat samego Andrzejewskiego (który był dwukrotnie żonaty i miał dzieci): mówiło się, że „lubi chłopców“. Dzisiaj mam wrażenie, że Andrzejewski próbował zmienić temat rozmowy i przekształcić ją w opowieść o artystach przeklętych z powodu niemożności zrealizowania homoseksualnej tożsamości. To była właściwie jedyna kwestia, która go interesowała.
A Jerzy Waldorff?
Waldorff to zupełnie inna historia, bo on żył w długoletnim związku, chociaż w towarzystwie swojego partnera oficjalnie się nie pokazywał. Gdy robiłem dla telewizji wywiad z Waldorffem u niego w domu, pan Miecio siedział w kuchni i nie wolno mu było stamtąd wychodzić.
Czyli nie mogłeś nawet poznać Mieczysława Jankowskiego?
To było zdumiewające, bo z jednej strony byli razem ponad pół wieku i właściwie o tym się wiedziało, a z drugiej – on był całkowicie w cieniu. Nawet w Operze nie stawali obok siebie, tylko pan Miecio gdzieś krążył, a Waldorff rozmawiał z kolejnymi prominentnymi osobami.
Czy pamiętasz moment, kiedy zrozumiałeś, że posiadasz tożsamość gejowską?
Ja chyba zawsze czułem, że jestem gejem. Tylko inicjację seksualną miałem bardzo późno. Zresztą zaczynałem z kobietami, trochę z rozpędu, bez przekonania, nie z mojej inicjatywy. Dopiero na drugim roku studiów przeżyłem seks z mężczyzną, który od razu okazał się dla mnie satysfakcjonujący, chociaż anonimowy, przypadkowy i niepołączony z miłością. Uważam, że to cudowne, móc iść do łóżka z człowiekiem, którego się kocha, ale żeby pójść z kimś do łóżka, niekoniecznie trzeba kochać. Mój Marcin się z tym nie zgadza.
A co zmieniło się w twoim podejściu do mówienia o swoim homoseksualizmie?
Dawniej nie chciałem, by to że jestem gejem miało w jakikolwiek sposób wpływać na moje życie. Myślałem sobie: dobrze, jestem gejem, to jest kwestia mojego popędu seksualnego, natomiast nie ma to nic wspólnego z moim wizerunkiem publicznym, moją pracą, bo co to kogo obchodzi? Prywatnie nie ukrywałem, że jestem gejem, ale też nigdy tego nie podkreślałem. Pamiętam rozmowę w klubie gejowskim w Londynie, gdy miałem 23 lata. Tam, jak to w klubie, ktoś podszedł, postawił drinka i zaczęliśmy rozmawiać. To był Anglik, zapytał, skąd jestem, a gdy się dowiedział, natychmiast zasypał mnie pytaniami: jak żyją geje w Polsce? Czy walczymy o swoje prawa? Jakie są organizacje? Dlaczego godzimy się na to, żeby nie mieć tego czy tamtego? Odpowiedziałem mu, że przecież możemy normalnie żyć, nikt nas nie wsadza do więzień, więc o co chodzi, czy to mało?
Dzisiaj myślę inaczej. Zrozumiałem, że to, co mi się wydawało łatwą do naśladowania normą i zwyczajną codziennością, to tylko pozór. Sam sobie wmawiałem, że bycie gejem nie wpływa na sposób myślenia. Myliłem się. Dostrzegłem coś oczywistego: bycie gejem radykalnie wpływa na sposób postrzegania świata właściwie we wszystkich płaszczyznach życia i myślenia. To się łączy z innym stosunkiem do instytucji rodziny i tradycji, która z reguły jest niesprzyjająca gejom. Z koniecznością wykreowania siebie na silną osobowość, ponieważ słaby gej właściwie nie ma szans na zrealizowanie swojej tożsamości. Żeby mieć udane, spełnione życie gej musi włożyć w nie dużo więcej wysiłku niż heteroseksualista. Musi być twardszy, bardziej samodzielny, samowystarczalny i świadomy zarówno swoich celów, jak i swoich interesów: po to, żeby mógł przetrwać jako gej! W przeciwnym razie grozi mu życie połowiczne w różnego rodzaju formach przetrwalnikowych, kokonach – w niespełnieniu, w stanie emocjonalnego niedorozwinięcia.
Kiedy zacząłeś myśleć o coming oucie?
Od kilku lat odczuwałem narastającą dysproporcję między tym, co czuję i jak postrzegam świat, a tym, jak świat postrzega mnie. Zorientowałem się, że zaczynam być dla wielu młodych ludzi autorytetem, bo moje teksty pojawiły się w podręcznikach szkolnych do języka polskiego, poza tym raz po raz ktoś oświadczał, że „wychował się“ na moich rozmowach z Zygmuntem Kałużyńskim, na „Perłach z lamusa“. Nawet zakładając, że część z tych oświadczeń to były tylko komplementy, musiałem przyznać, że znalazłem się w nieoczekiwanej sytuacji. Wpadło mi wtedy do głowy: ciekawe, co pomyśleliby oni wszyscy, gdyby wiedzieli, że jestem gejem? Czy zmieniliby o mnie zdanie? Wytworzyła się swoista schizofrenia: mój wizerunek publiczny zaczął się wyraźnie oddalać od wizerunku w moich własnych oczach. Po to, żeby wrócić do równowagi, swoje myśli oprzeć na niepomniejszonym fundamencie i móc dalej pracować, pisać, występować publicznie, musiałem połączyć te postacie w jedną, za to trójwymiarową.
Właśnie dlatego szukałem pretekstu, żeby zrobić coming out w sposób spektakularny, uroczysty i na moich warunkach. Kiedy „Berek“ został ukończony, a Marcin Szczygielski poprosił mnie, abym napisał do niego wstęp, pomyślałem, że to jest właśnie ta uroczysta chwila, która świetnie nadaje się do zrealizowania planu. I odbył się coming out. Z hukiem, jak trzeba. Bo, żeby poczuć się całkowicie wolnym, huk też jest potrzebny. Huk przekłutego balona.
Autor: Krzysztof Tomasik
Artykuł pochodzi z portalu Replika
Czytelnictwo: 5%