18
March , 2010
Thursday

W trakcie 4 dni konferencji (29.10.-1.11.2009) konferencji udział wzięło ponad 300 osób z 48 krajów i ...
III. Kim jest gej w mangach yaoi i shonen-ai? Seme i uke Seme – to postać ...
„Czy mogę stać się gejem lub lesbijką?”, „Co oznacza wyrażenie coming out?”, „Czy mogę ...
12 października  2009 roku mija 11 lat od śmierci homoseksualnego studenta z Wyoming, wywabionego z ...
Krótka burleska. Włos nam się na głowie ostatnio zjeżył. Oj, zjeżył się  tak bardzo, że przez chwilę odjęło ...
Dwie francuskie organizacje LGBTQ - HES (Homosexualités & Socialisme - www.hes-france.org) i MAG (Youth LGBT Movement ...
Nie lubię skrajności. Żadnych. Kościół też ich nie lubi. Jednak moje podejście oraz stanowisko Kościoła ...
Nasza psychiczna tożsamość płciowa determinowana jest przez naszą płeć biologiczną oraz procesy wychowania i interakcji ...
Kampania Przeciw Homofobii Oddział Trójmiasto zwraca się z prośbą do wszystkich tęczowych mieszkańców - obecnych i ...
Oto kilka powodów dlaczego warto zakazać homoseksualizmu: Homoseksualność jest nienaturalna. Tak samo jak soczewki, plastik i ...

Archiwum dla kategorii ‘Wywiady’

Czy to wstyd mieć homoseksualne dziecko?

Autor homoseksualizm Marzec - 5 - 2010 Skomentuj

Rozmowa z Basią Lindenberg, psychoterapeutką pracującą w ośrodku terapeutycznym Poza Centrum w Warszawie

Czy to wstyd mieć homoseksualne dziecko?

Ja uważam, że nie wstyd. Ale niektórzy ludzie się wstydzą. To nie tylko problem rodziców homoseksualnych dzieci, ten problem w ogóle dotyczy wszystkich, których dzieci jakoś odstają od reszty.

Dlaczego rodzice się wstydzą?

Boją tego, co powie otoczenie. W naszej kulturze większość uważa, że tak nie powinno być, że dwoje ludzi tej samej płci wiąże się ze sobą. A jeśli większość uważa, że tak nie powinno być, to ci, których ten problem dotyczy zaczynają się wstydzić i bać się tego, co inni powiedzą. To, co mówi otoczenie i to, co wewnątrz nas jest wzajemnie powiązane. Ludzie bardzo często myślą w ten sposób: “Ona (on) się czegoś wstydzi. Więc pewnie jest się, czego wstydzić.” To jest taki mechanizm powielania się wstydu. Błędne koło.

Czy można to błędne koło jakoś przerwać? Czy rodzice, którzy się wstydzą, że mają homoseksualne dziecko mogą coś z tym wstydem zrobić?

Rodzice i wszyscy inni, którzy się wstydzą, mogą wykonać pewną pracę psychologiczną, która pomoże im to błędne koło przerwać. Niech spróbują się odpowiedzieć sobie na pytania: Czego ja się wstydzę? Przed czym się bronię? Co jest takie bolesne? Czego się boję? Czy to dlatego, że otoczenie jest negatywnie nastawione? Co powoduje, że otoczenie jest negatywnie nastawione? Bardzo ważne jest, żeby dopuścić do siebie myśli i uczucia związane ze wstydem. Dobrze jest móc podzielić się tymi przemyśleniami z kimś, komu ufamy – przyjaciołom, grupie terapeutycznej.

A czego mogą bać się rodzice?

Mogą się bać chorób: “Boję się, że dziecko zapadnie na jakąś chorobę, na AIDS. Boję się o moje dziecko. Boję się, że sąsiadka powie, że dziecko jest homoseksualistą, więc uważaj na choroby”. Albo tego, że nie będą mieli wnuków: “Boję się. Moje dziecko jest homoseksualistą, moje życie nie będzie przedłużone”. Mogą mieć ogromne poczucie winy: “Ja zrobiłam/zrobiłem coś nie tak. Gdybym może jakoś inaczej się zachował, to mój syn nie byłby gejem albo córka nie byłaby lesbijką.” Przecież jeszcze do niedawna środowisko medyczne: lekarze, terapeuci, psychologowie byli tubą dla uprzedzeń, które panowały w społeczeństwie. Pisali, że matka nadopiekuńcza, że można to leczyć, że matka zrobiła coś, jak była w ciąży albo rodzice źle wychowywali, a więc to jest wina matki albo wina ojca. Im mniej uprzedzeń i lęku w społeczeństwie, tym mniej takich nieprawdziwych stwierdzeń.

Dziecko pokazuje się w telewizji i publicznie przyznaje, że jest gejem lub lesbijką. Następnego dnia wszyscy będą mówić o tym, że córka czy syn Xów jest taki a taki: w pracy, na podwórku, wszędzie. I taki rodzic musi wyjść z domu, przychodzi następnego dnia do pracy i co ma zrobić? Udawać, że nie słyszał, że nic się nie wydarzyło?

Tak jak mówiłam: jeśli otoczenie zobaczy, że rodzic się wstydzi, to może pomyśleć: widocznie jest się czego wstydzić. Jeśli natomiast mówi o tym wprost, to choć jest to bardzo trudne, to nie ma w tym wstydu. Co taki rodzic może zrobić? Gdybym znalazła się w takiej sytuacji, miałabym ochotę wyprzedzić wszystkie pytania i sugestie. Ubiec innych i uciąć różnego rodzaju spekulacje: “No tak. Mój syn jest gejem. Taka jest jego orientacja. To jest trudne, bo wiecie jak większość traktuje homoseksualizm.” W ten sposób starałabym się szukać sprzymierzeńców w tych ludziach: “Tak jest mi trudno, bo wyobraź sobie, że do niedawna w Rosji ludzie szli do więzienia za homoseksualizm, do niedawna wyobrażano sobie, że to można leczyć, znów jest jakiś facet, który napisał, że da się wyleczyć z homoseksualizmu. To jest takie naznaczenie. Trudno mi było to zaakceptować.”
A jeśli spytają: No i co z tym zrobisz? Można odpowiedzieć: “Nic nie zrobię. To jest moje dziecko. Jest dorosłe, ma swoje życie. Tak samo jak nic nie mogę zrobić z tym, że syn jest blondynem, a ja chciałam, żeby miał ciemne włosy.”

Czytelnictwo: 3%

Skąd ona/on to wie?

Autor homoseksualizm Luty - 21 - 2010 Skomentuj

Rozmowa z Jolą Robak, psychoterapeutką od 8 lat pracująca z osobami homoseksualnymi i ich rodzinami w Towarzystwie Pomocy Młodzieży w Warszawie

Kto to jest gej, lesbijka?


Gej albo lesbijka to ktoś, kto zakochuje się w osobie tej samej płci. A ponieważ się zakochuje, to chce się zbliżyć do osoby, która mu się podoba, chce z nią tworzyć związek i chce się z nią kochać. W świadomości społecznej gej to przede wszystkim ktoś, kto uprawia seks z innym mężczyzną, lesbijka – z inną kobietą. To uproszczenie. Wejście w relację seksualną jest wynikiem tego, że geje i lesbijki zakochują się i chcą być blisko osób tej samej płci, a nie odwrotnie. Geje i lesbijki nie wyobrażają sobie związku, a więc ani zakochania się, ani bliskości, ani seksu z osobą płci przeciwnej.
A co z takimi osobami, które przez lata żyły w związku heteroseksualnym, a potem nagle odkrywają, że tak naprawdę wolą żyć z kimś tej samej płci?
Albo są biseksualne i mają możliwość wchodzenia w związki zarówno z osobami tej samej płci, jak i przeciwnej, albo są to tzw. ukryci homoseksualiści. Ukryty gej czy ukryta lesbijka to osoba, która wie o swoich homoseksualnych skłonnościach, ale nie decyduje się na ich ujawnienie. Z różnych przyczyn – np. z obawy przed ostracyzmem społecznym, rozpadem rodziny etc. Może to być też taka osoba, która przez lata nie dopuszczała do siebie myśli, że jest homoseksualna. Wtedy jakiś bodziec: książka, film, czasem zakochanie sprawia, że dana osoba zdaje sobie sprawę ze swojego homoseksualizmu. Jedni decydują się wtedy zmienić swoje życie i mężczyzna wiąże się z innym mężczyzną, a kobieta z kobietą, inni nie.
Dziecko mówi rodzicom “Jestem gejem”, Jestem lesbijką”. Jak reagują rodzice?
To zależy od tego czy matka przypuszczała, że tak może być czy nie. Mówię matka, bo zdecydowana większość gejów i lesbijek mówi najpierw matce, a ojcu dużo później albo nawet nigdy. Jeśli matka się wcześniej domyślała, była przygotowana na to, co usłyszy, łatwiej jej zaakceptować swoje dziecko takie, jakie jest. W innym wypadku jest to dla niej ogromny szok. Przeżywa strach, smutek, złość, zwątpienie, rozczarowanie, przeżywa stratę – planów, marzeń, oczekiwań. Nie chce tego przyjąć do wiadomości. Chwyta się nadziei, że to zachcianka, kaprys, że minie z wiekiem. Dzieci są niecierpliwe i namawiają rodziców, żeby poszli do psychologa, rozmawiali z nimi, czytali książki na ten temat. A rodzice muszą mieć czas, muszą móc się wyżalić, wykrzyczeć. Z moich doświadczeń widzę, że zajmuje to wiele miesięcy.
Rodzice najczęściej pytają: Skąd on to wie? Skąd ona to wie? Skąd?
Jeśli on lub ona ma 19-20 lat to wie z doświadczenia, bo najczęściej ma już za sobą pierwsze relacje emocjonalne i kontakty seksualne i jedne ocenia jako “te, które mu się podobają”, a inne jako takie, w które za żadne skarby nie chce wchodzić. A jeśli dziecko jest młodsze i nie ma jeszcze doświadczeń seksualnych, to i tak wie, kto mu się podoba, kto ściąga jego wzrok, kto powoduje zamieszanie emocjonalne, podniecenie. Jego receptory nastawione są na tę samą płeć.
Matka mówi wtedy do córki: To chociaż spróbuj z chłopakiem…
A córka odpowiada: To ty spróbuj z dziewczyną. Taka zwykle jest reakcja dziecka. We mnie takie namawianie do próbowania budzi wątpliwości moralne. Czy w porządku jest pójście do łóżka z kimś, żeby sprawdzić czy ja mogę z tą płcią czy nie mogę? Młody człowiek naprawdę wie, kto mu się podoba: kto go odpycha, a kto go pociąga. Wie, jakie emocje budzi w nim czyjś widok, rozmowa, przelotny dotyk. Nie trzeba koniecznie chodzić do łóżka, żeby to sprawdzić.
Rodzice często pytają: gdzie popełniliśmy błąd? Gdzie popełnili?
Nigdzie. To, że syn jest gejem, a córka lesbijką nie jest winą rodziców.
Czy rodzice przychodzą wtedy do Pani z dzieckiem i mówią: Proszę je wyleczyć?
Często. Chociaż teraz rzadziej niż wcześniej.
Ale czy homoseksualizm się leczy?
Światowa Organizacja Zdrowia mówi, że się nie leczy. Tak samo Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Pojawiają się jednak od czasu od czasu w prasie doniesienia, że homoseksualizm jest skłonnością, którą można wyleczyć.
I co Pani na to?
Dla mnie jedynym wykładnikiem jest to, jak się czuje człowiek. Jeśli wie, że płeć przeciwna go nie pociąga, to nie ma sensu go przekonywać, że jest inaczej. Nie leczę z homoseksualizmu. Osoba homoseksualna może podjąć decyzję o nierealizowaniu swoich potrzeb seksualnych – wtedy często w snach i marzeniach towarzyszących masturbacji pojawiają się wątki homoseksualne. Ale to nie znaczy, że przestaje być osobą homoseksualną.

Czytelnictwo: 5%

Płeć i transpłciowość jako psychiczny i biologiczny aspekt życia (1)

Autor homoseksualizm Luty - 14 - 2010 Skomentuj

Ktoś kiedyś, w kilka chwil po urodzeniu, na podstawie pobieżnego oglądu, określił płeć dziecka jedną z dwóch nazw – dziewczynka lub chłopiec – zapisano to w jego dokumentach.
Tak rozpoczął się proces społecznego wdrukowywania w tożsamość tego człowieka stygmatu jego płci. Najczęściej okazuje się, że ten ktoś miał rację. Dziewięćdziesiąt kilka procent ludzi urodzonych z narządami płciowymi określonego rodzaju, utożsamia się potem (lub utożsamia w znacznym stopniu) z płcią jaką one znamionują. W kilku procentach przypadków bywa jednak inaczej.

Wywiad z Anną Grodzką – psychologiem klinicznym.

K.B. – Pani Aniu, czy Pani zdaniem płeć psychologiczna zawiera komponenty biologiczne, czy też jest to stereotypowe ujęcie męskości – kobiecości?

A.G. – Płeć psychiczna to część tożsamości psychicznej. Można powiedzieć także inaczej: tożsamość płciowa. Wszystko w człowieku wiąże się jakoś ze sferą jego materialnego, fizycznego istnienia. Płciowość człowieka to nie tylko stereotyp kulturowy i tożsamość psychiczna. Przejawia się ona także na płaszczyźnie procesów chemicznych i struktur anatomicznych. Można opisywać ją i analizować biorąc pod uwagę jej plan genetyczny (płeć chromosomalna), stan genitaliów (płeć genitalna), stan gonad (płeć gonadalna), procesy hormonalne (płeć hormonalna), drugorzędnych zewnętrznych cech płciowych, czy w końcu funkcjonalne i strukturalne cechy mózgu. To wszystko, przynajmniej teoretycznie, jest fizycznie obserwowalne i mierzalne. Całe nasze ciało, a w szczególności hormony i mózg wywierają na nas wpływ w toku całego naszego życia. Zwracam też uwagę, że wcale nie tak rzadko, jak się powszechnie uważa, istnieją osoby posiadające jednocześnie cechy biologiczne obu płci – osoby interseksualne (hermafrodyci). Na każdej biologicznej płaszczyźnie, na jakiej przejawia się płciowość, nie musi być ona binarna – zerojedynkowa. Bywa, że posiada się jakąś cechę płciową określoną tylko w mniejszym lub w większym stopniu, a nie stuprocentowo.

Nasza tożsamość psychiczna – poczucie własnego „ja” – formuje się w toku całego życia. Powstaje z jednej strony, na gruncie istniejących warunków biologicznych i podstaw emocjonalnych, czyli wszystkich predyspozycji, skłonności i zdolności, jakie są w danej chwili uwewnętrznione i zintegrowane w obszarze nas samych. Z drugiej strony na to, kim jesteśmy, nakładają się określone doświadczenia społeczne. Nie nakładają się one bez udziału tego, co już w nas istnieje. Doświadczenia i wpływy społeczne są zatem w jakiejś mierze przez nas filtrowane i cenzurowane. Tym filtrem są istniejące już w nas skłonności, preferencje, nabyta wiedza i wiążące się z nimi reakcje emocjonalne. Tożsamość, w tym tożsamość płciowa, to wynik (choć nie prosta suma) wszystkich tych wpływów. To wynik tego, co płynie z naszego wnętrza, z naszej biologii i uwewnętrznionych doświadczeń oraz oddziaływań płynących ze środowiska. Kształtowanie się tożsamości, to przebiegający nieprzerwanie w toku całego życia proces integracji i uwewnętrzniania (przyjmowania jako własne) nowych doświadczeń społecznych z doświadczeniami, które dana osoba włączyła już w obszar swojej tożsamości – w obszar własnego „ja”. Przy czym należy zauważyć, że nasze „ja” jest konstruktem względnie stabilnym i utrwala się wraz z wiekiem. Jest opoką nas samych. Nowe doświadczenia społeczne nie tak łatwo zmieniają podstawy naszej tożsamości. Czasem mówimy, że trudno coś robić (doświadczać) wbrew sobie. To właśnie o to chodzi. Trudno, a czasem wręcz niemożliwe, jest żyć wbrew własnej tożsamości, przeciwko własnemu „ja”. Najtrwalsze i najbardziej nie poddające się zmianom są nasze najwcześniejsze (wczesno-dziecięce i ukształtowane w okresie prenatalnym) skłonności i doświadczenia. To one przede wszystkim kształtują nasze predyspozycje, postawy i odczucia. One najmocniej związane są z naszymi biologicznymi podstawami. Biorąc nieustannie udział w filtrowaniu doświadczeń społecznych przyjmowanych w obszar własnego „ja” mają znaczny wpływ na kształtowanie się tożsamości.

Czytelnictwo: 4%

Zła płeć

Autor homoseksualizm Grudzień - 26 - 2009 Skomentuj

“Wszystko funkcjonuje tak, jakbyśmy – osoby transseksualne – wcale nie istnieli”

Fotograf, pracownik socjalny i pisarz – Axel Léotard podpisuje swoją książkę „Mauvais Genre” („Zła płeć” przyp. tłum.) – pierwszą udaną francuską powieść poruszającą temat transseksualizmu. Daje w niej przygnębiającą „wizję lokalną” francuskiej opieki nad osobami transgenderowymi i transseksualnymi.

„Mauvais Genre” Axela Léotarda to historia kobiety, która nigdy nie utożsamiała się ze swoją płcią biologiczną i w końcu stała się mężczyzną. Autor opowiada o jej odrodzeniu – o decyzji ujawnienia się, terapii hormonalnej, operacjach, integracji ze społeczeństwem… Aż do momentu całkowitego przeistoczenia się w Gabriela. Poprzez tę główną postać pisarz daje interesujący obraz społeczności osób transpłciowych. To właśnie odważnym działaniom Axela Léotarda zawdzięcza się trzy minuty ciszy poświęcone osobom chorym na AIDS podczas corocznej Parady Równości. Tym razem pisarz odniósł kolejne zwycięstwo pisząc książkę o tematyce transseksualnej, którą czyta się jak prawdziwą powieść. Jednocześnie jego dzieło to bardzo dobry dokument. Jego lektura wzbogaca i edukuje czytelnika. Wczytując się w losy Gabriela, czytelnik ani na chwilę nie ma ochoty odłożyć książki na półkę. Poniżej przedstawiamy krótki wywiad z autorem „Mauvais Genre” – Axelem Léotardem.

Mauvais Genre” jest powieścią, a nie autobiografią. Tymczasem można zauważyć wiele punktów wspólnych między tobą, a głównym bohaterem – Gabrielem: tak jak on jesteś transseksualistą, fotografem, a „coming outu” dokonałeś w wieku 33 lat…

Tak, w pewnym sensie jest to moja historia. W książce mieszam fikcję z rzeczywistością, ale nie wszystko jest w niej autobiograficzne. Chciałem przede wszystkim przedstawić społeczność osób transpłciowych, świat prostytutek z Lasku Bulońskiego, osoby transpłciowe idealnie zintegrowane ze społeczeństwem francuskim…

Co się zmienia, kiedy ktoś z kobiety staje się mężczyzną?

Kiedy stajesz się mężczyzną, od razu wszystko jest prostsze! Łatwiej o pracę, o odpowiedzialne stanowisko… Kiedy wyrażasz swoje zdanie, jego słuszność jest ważniejsza niż wtedy, gdy byłeś kobietą i to nawet dla kobiet. Wszystko to sprawiło, że moje podejście do życia jest jeszcze bardziej feministyczne!

Co skłoniło cię do napisania tej książki ?

Przeczytałem wszystkie książki dotyczące kwestii transseksualizmu, jakie ukazały się we Francji, ale uznałem je za niekompletne. Nie widziałem na przykład żadnej publikacji dotyczącej przymusowej sterylizacji narzuconej osobom transseksualnym. W celu uzyskania zmiany tożsamości prawnej mężczyzna, który zostaje kobietą musi przejść waginoplastykę, a przecież nie wszyscy chcą poddać się takiemu zabiegowi. W przypadku dziewczynki, która chce stać się chłopcem, rekonstrukcja penisa nie jest we Francji obowiązkowa z bardzo prostej przyczyny – otóż francuscy chirurdzy nie potrafią jej wykonać! Ale taką dziewczynkę pozbawia się macicy, jajowodów i jajników. W efekcie jest to około 150g organów. Uważam za niezwykle ważne, aby osoba heteroseksualna mogła przeczytać o czymś takim.

Kierujesz zatem swoją książkę do szerokiej publiczności?

Tak. Z jednej strony mamy szpitale Uważam, że należy w tym temacie mówić o wszystkim i zwracać się do jak największej liczby osób. Interesuje mnie, aby Pan i Pani Kowalscy przeczytali tę książkę, ale nie jako coś nadzwyczajnego lub odrażającego. Chcę, aby mogli sobie wyobrazić, że Gabriel to ich sąsiad. Albo nawet syn! I gdyby właśnie to był ich syn, żeby zadali sobie pytanie, czy są w stanie zaakceptować sposób, w jaki traktuje go społeczeństwo.

Poruszasz również problem wirusa HIV w społeczności osób transseksualnych.

Osoby transseksualne stanowią najbardziej dotkniętą wirusem HIV część populacji francuskiej. Jedna na dwie osoby transseksualne jest seropozytywna, a w środowisku osób transseksualnych prostytuujących się aż osiem na dziesięć. Paradoksalnie we Francji nie ma żadnej kampanii prewencyjnej, ani edukacji epidemiologicznej skierowanej do tej grupy społecznej. Wszystko funkcjonuje tak, jakby osoby transseksualne wcale nie istniały.Z drugiej strony istnieją przepisy dot. opieki nad osobami transpłciowymi, które szpitale publiczne notorycznie łamią.

W „Mauvais Genre” ukazujesz tę szpitalną procedurę, ale również przebieg opieki medycznej nad osobami transpłciowymi w sektorze prywatnym. Czy rzeczywiście między tymi dwoma systemami jest przepaść?prywatne, które starają się z grubsza sprostać aktualnym standardom WPATH, które wymaga maksymalnie 3 miesięcy leczenia psychiatrycznego. A z drugiej strony są szpitale publiczne, które przypominają rzeźnie i z których wiele osób transseksualnych wychodzi okaleczonych. Tam leczenie psychiatryczne trwa 2 lata. Dopiero pod koniec tego długiego okresu psychiatra określa, czy pacjent jest osobą transseksualną i czy rozpocząć terapię hormonalną. Tymczasem w przypadku przestępców ekspertyza psychiatryczna trwa od 1 do 3 miesięcy…

Co należy zatem zmienić?

Podczas idealnej diagnozy konsultacja psychiatryczna nie powinna trwać dłużej niż 3 miesiące. Ponadto terapii hormonalnej powinna towarzyszyć zmiana tożsamości prawnej. Trzeba również zaprzestać sterylizacji oraz obowiązkowych operacji korekty płci biologicznej. Są to praktyki godne obozów koncentracyjnych podczas II wojny światowej.

źródło:
Oryginał powyższego artykułu,
Tout est fait comme si nous, trans, n’existions pas autorstwa Marie Kirschen został opublikowany po francusku 10 marca 2009, na stronie internetowej francuskiego czasopisma Têtu.

tłumaczenie: JOANNA

korekta: Wiktor

URL : http://www.tetu.com/actualites/france/-tout-est-fait-comme-si-nous-trans-nexistions-pas–14184

Autor wypowiada się nt. sytuacji osób transseksualnych we Francji. W Polsce nie istnieje przymus sterylizacji w trakcie procesu korekty płci. Sterylizację przeprowadza się dopiero po prawnej zmianie danych osobowych i na wyraźne życzenie osoby transseksualnej. (przyp. red.)

Waginoplastyka jest zabiegiem mającym na celu zmianę narządów męskich w żeńskie. Sterylizacja odbywa się zwykle podczas osobnego, wcześniejszego zabiegu – orchidektomii. (przyp. red.)

Ani orientacja seksualna, ani tożsamość płciowa nie mają realnego wpływu na możliwość zarażenia się wirusem HIV. Istnieją tzw. ryzykowne zachowania, jednakże odnoszą się one do rodzajów kontaktów seksualnych, a nie do preferencji jako takich. Fundacja Trans-Fuzja nie posiada informacji, które potwierdzałyby dane przytoczone w wywiadzie nt. występowania wirusa HIV wśród transpłciowej społeczności we Francji. Należy także pamiętać, że dane te w żadne mierze nie odnoszą się do sytuacji polskiej (przyp.red.)

World Professional Association for Transgender Health (WPATH) (przyp.tłum.).

Procedura opisana w wywiadzie różni się od polskiej w znaczący sposób. Osoby zainteresowane przebiegiem leczenia w Polsce powinny zasięgnąć informacji na portalu transseksualizm.pl (www.transseksualizm.pl/portal.php).

Czytelnictwo: 6%

W związku rozmowa jest bardzo ważna 2

Autor Sznyta Sierpień - 26 - 2009 Skomentuj

Druga część wywiadu z Ygą Kostrzewą.

Ja: A co z wiernością? Gdzie ona wtedy jest?

Y.K.: Odpowiem tak: w każdym związku – prędzej czy później – dochodzi do zdrady czy też rozmowy o niej. A jeśli nie dochodzi – to się zdradza albo też związek nie jest szczery, nie rozmawia się o tych sprawach – tak też bywa. Decyzja należy oczywiście do obu stron, jak związek ma wyglądać. Są osoby bardzo monogamiczne, które nie wyobrażają sobie zdrady fizycznej. Są także osoby, dla których seks jest tylko przyjemnością. Według mnie ludzie nie są tak prosto skonstruowani: albo monogamiczni i desperacko wierni albo rozwiąźli. Każdemu może się zdarzyć jakieś zauroczenie, chęć spróbowania czegoś nowego w seksie. Czy w związku z tym należy przekreślić bycie z drugą osobą? Lepiej o tym porozmawiać, dojrzeć do tego, niż od razu zrywać – jak to się często dzieje. Jedno takie zachowanie i kilka lat wspólnego bycia zostaje przekreślone – to trochę nielogiczne. Może tak do końca nie byliśmy / byłyśmy dla siebie… warto sobie ustalić pewne granice, na co się w związku zgadzamy, a na co nie. Zapewniam, że ludzie są jednak elastyczni – często jest to kwestia czasu…

Ja: Mam podobne poglądy na ten temat. Podsumowując można stwierdzić, że rozmowa to podstawa w budowaniu wspólnych relacji partnerskich. Odbiegając totalnie od tematu zapytam, jaka jest Twoja ulubiona forma spędzania wolnego czasu?

Y.K.: Generalnie – robić to, co lubię, realizować swoje hobby. Są to różne rzeczy: czytanie książek, gotowanie, rower, wycieczki, podróże, słuchanie muzyki, korzystanie z kultury szeroko rozumianej… czasem spotkania ze znajomymi, kino.

Ja: Korzystanie z kultury szeroko rozumianej? Co masz na myśli?

Y.K.: Na przykład wystawy uliczne, muzea, wszelkie wydarzenia związane z przestrzenią uliczno-miejską, koncerty, festiwale uliczne, których w Warszawie jest sporo, ale też Parady i Marsze Równości.

Ja: Skoro już nawiązałaś do Parady – dlaczego one są organizowane i co masz z tym przedsięwzięciem wspólnego?

sunY.K.: Paradę wielokrotnie współorganizowałam – w 2004 roku, gdy ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński zabronił nam przemarszu, współorganizowałam Wiec Równości. W kolejnym, 2005 roku wraz z innymi osobami, uczestniczyłam w procesie, który zawiódł nas aż do Strasburga, do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Sprawę tę znamy jako “Bączkowski i inni przeciwko Polsce” – od tamtej pory nie można już zakazywać Parad ani Marszów Równości. Udało się to wywalczyć. W zeszłym roku chciałam, aby Parada miała bardziej polityczny wydźwięk, stąd pomysł na tworzenie tzw. patykowców lub patyczaków, jak je nazywamy. Chodzi o pokazanie ważnych, politycznych haseł, pod którymi się podpisujemy – aby Parada nie była tylko zabawą, a przede wszystkim taką tubą polityczną, przez którą raz w roku możemy głośno, na ulicy powiedzieć: chcemy równych praw, domagamy się publicznego zajęcia sprawami dyskryminacji i równego traktowania, chcemy ustawy o związkach partnerskich, zmiany przepisów o mowie nienawiści. Od 2004 r. organizowaniem Parady Równości w Warszawie zajmuje się Fundacja Równości, w tym celu powołana. Jestem przewodniczącą Rady Fundacji. Parada jest dość ważnym wydarzeniem na mapie Warszawy i Polski. To największa tego typu manifestacja i jedna z największych w ogóle w Polsce. Pamiętać też musimy, iż za rok, w 2010 odbędzie się EuroParada w Warszawie, podczas której spodziewanych jest ok. 50 tys. gości – będzie więc to pod względem liczebności przedsmak Euro 2012.

Ja: Czy nie wydaje Ci się, że mając tubę polityczną i zabawę razem, to tuba polityczna nie ma swojej mocy i czy chcesz czy nie pozostaje wtedy niezauważona?

Y.K.: Nie wydaje mi się. Parada Równości jest dla wszystkich. Zdecydowanie powinna mieć formułę włączającą każdego, kto popiera nasze postulaty. Można to robić poprzez zabawę i poprzez pokazywanie żądań. Dzięki temu, iż jest kolorowa – pokazują ją w mediach, a organizatorzy czy poszczególne osoby mówią o problemach, co chcieliby zmienić. Marsz Normalności jest pełen haseł politycznych, a mało kto zwraca na niego uwagę – bo jest po prostu nudny.

Ja: Opowiedz też coś o Europaradzie: dlaczego jest taka wyjątkowa?

Y.K.: Jest wyjątkowa, ponieważ po raz pierwszy odbędzie się w kraju “zza żelaznej kurtyny”, w kraju środkowoeuropejskim. Wciąż wielu Europejczyków nie wie, co dzieje się w krajach na wschód od Niemiec, nie wiedzą jak wygląda tu życie i sprawy LGBTQ. O Polsce zrobiło się głośno, gdy homofobicznie szalała nasza władza – prezydent, rząd na czele z Giertychem. I to był jeden z ważniejszych powodów, dlaczego należy zorganizować u nas Europaradę. Znana jest już data – 17.07.2010, czyli z rocznym wyprzedzeniem, jak nigdy dotąd. Przyjedzie na pewno dziesiątki tysięcy osób, tego się spodziewamy, ma być duży wybór imprez towarzyszących. Bardzo jestem tego ciekawa!

Ja: Kto zajmuje się Paradą Równości? Skąd mają na to pieniądze?

Y.K.: W Warszawie organizacją parady zajmuje się Fundacja Równości. Kieruje nią Tomasz Bączkowski, który pozyskuje środki na działalność z różnych źródeł, głównie zagranicznych. Udział w Paradzie, na zasadzie komercyjnej platformy, też jest płatny. Wszelkie inne pytania proszę kierować do Fundacji.

Ja: Wiele razy chciałaś, żebym zapytała się Ciebie jaki jest Twój stosunek do krwiodawstwa, dlaczego?

Y.K.: Dlatego że ważnym jest promowanie honorowego krwiodawstwa. Krwi brakuje w Polsce permanentnie, a już szczególnie podczas wakacji, gdy zdarza się więcej wypadków. Od kilkunastu lat jestem honorową krwiodawczynią i jestem z tego dumna. Co roku oddaję krew, aby pomóc innym, i nawet żadne straszenie, że krew od osób homoseksualnych jest gorsza nie spowodowało tego, że przerwałam ten dobry zwyczaj. Moja krew jest za każdym razem surowo badana i okazuje się, iż zawsze była zdrowa, aby móc się nią podzielić z potrzebującymi. Wiem, iż honorowym krwiodawcą jest też Robert Biedroń – uważam to za bardzo dobry społecznie nawyk, który jest symbolicznym oddaniem cząstki siebie dla drugiego człowieka – i jakie to chrześcijańskie!

Ja: Dziękuję Ci za wywiad i mam nadzieję, że to nie ostatni jakiego nam udzieliłaś.

Czytelnictwo: 7%

W związku rozmowa jest bardzo ważna 1

Autor Sznyta Sierpień - 21 - 2009 1 komentarzy

Rozmowa z Ygą Kostrzewą – z cyklu o wszystkim i o niczym – czyli jaki światopogląd na życie ma rzeczniczka Lambdy.

Ja: Twoje motto życiowe to „Carpe diem”. W życiu borykałaś się z poważnymi problemami i licznymi wyzwaniami. Z czym teraz usiłuje się zmierzyć Yga Kostrzewa? I jak zamierza to osiągnąć?

Yga Kostrzewa: To pytanie bardzo ogólne – mam bardzo wiele pomysłów na różne akcje, artykuły, projekty z dziedziny LGBTQ, ale nie wystarcza mi czasu, czasem pomysłu albo dodatkowych rąk do pracy, aby je zrealizować. Na pewno muszę jak najszybciej napisać pracę końcową na moje studia podyplomowe Gender Studies. W planach kolejne rzeczy, także przygotowania do EuroPride 2010. Mam też wyzwanie w życiu prywatnym, związane z pewnymi technicznymi rzeczami, ale to spore wyzwanie i muszę temu poświęcić trochę czasu.

Ja: Co skłoniło Cię do wzięcia udziału w filmie pt. „Polski coming out”? Osobiście widziałam pilota. Pierwsze odczucie jakie z przyjaciółkami z branży miałyśmy po projekcji, to smutek. Wypowiedź kobiety, ze łzami w oczach… zasiała lekki niepokój wśród moich przyjaciółek. Czy Twoje życie jest tak smutne, jak dało się odczuć w tym pilocie? Czy uważasz, że życie w branży jest AŻ TAK smutne?

Y.K.: Do udziału w filmie zaprosił mnie reżyser, Sławek Grunberg. Okazał się świetnym, kontaktowym człowiekiem. Chciał pokazać, jak wygląda sytuacja, jak osoby homoseksualne odbierają atmosferę, która panowała za rządów PiS. I bardzo dobrze ją oddał – dziś jesteśmy już spokojniejsi, ale naprawdę, wrażliwym osobom nie było wtedy do śmiechu. Przypomnijmy sobie wystąpienia ministrów Giertycha czy Orzechowskiego, którzy postulowali by zwalniać gejów i lesbijki – nauczycieli ze szkół, piętnować. Wojciech Wierzejski nakazał kontrolę organizacji LGBT, ponieważ twierdził, że mają powiązania mafijne – taką kontrolę mieliśmy w Lambdzie. Oczywiście jego teza nie została udowodniona, bo była absurdalna, ale mając władzę mógł nam wiele zrobić. To były 2 lata bardzo dla nas trudne. Konsekwencje tego mamy do dziś. Oczywiście moje życie nie polega tylko na smutku, choć wówczas byłam bardzo zaniepokojona tą sytuacją. To była nagonka na nas i nikt nie wiedział do czego doprowadzi ani na czym się skończy. Sytuacja poprawiła się tylko o tyle, że teraz brak nagonki oficjalnej, ale reszta pozostała bez zmian.

Ja: Sytuację, a raczej ten niepokój związany z agresją PiS dało się odczuć również u nas w Słupsku. Opowiedz w skrócie na czym polegała kontrola w Lambdzie przez PiS?

Y.K.: PiS nie może przeprowadzić kontroli, bo nie jest uprawniony [śmiech]. Ale Wojciech Wierzejski (z LPR), z racji funkcji jaką pełnił miał taką możliwość, aby tę kontrolę zlecić. Przyszły do nas osoby oddelegowane i przeglądały dokumenty, rachunki, wypytywały przewodniczącego zarządu. Wszystko sprawnie i bezboleśnie, bo obie strony wiedziały o absurdalności tej kontroli.

świtJa: Rozumiem. Czym jest dla Ciebie patriotyzm? Jak utożsamiasz się ze swoim krajem?

Y.K.: Uważam siebie za patriotkę. W tym sensie, że znam swój kraj, znam jego historię i czuję się tutaj jak u siebie w domu. Znam Polskę dość dobrze, prawie wszystkie jej zakątki – przez wiele lat podróżowałam, docierając do małych mieścinek często pamiętających historię, jakiej już nie ma – Żydów, dawnych posiadłości ziemskich, zamków czy pałaców. Znam wiele ciekawostek na temat różnych atrakcji, więc śmiało mogłabym pracować jako przewodnik. Czuję, że to jest moje miejsce, mój dom. Nie chciałabym wyemigrować na stałe do innego kraju. Mam poczucie, że wiele tutaj jest do zrobienia. Odczuwam pewną misję, którą mam do wykonania, może to zbyt górnolotne. Mogłabym za granicą mieszkać, ale tylko jakiś czas – może rok, może krócej. Ciągnęłoby mnie do Polski, przebywałam po kilka miesięcy za granicą – stąd wiem. Mimo wszystko – mimo wielu wad, bałaganu, biurokracji – wciąż mi się tu podoba. Bo można pojechać sobie do lasu (na szczęście nie są prywatne!), nad jezioro, nad morze. Zima też bywa urocza. Z ludźmi można się dogadać, często są życzliwi i pomocni. Mam tu przyjaciół i bardzo wielu znajomych. Jest mi tu dobrze choć wiem, że mogłoby być lepiej i że jest wiele do zrobienia. Ale zmieniamy Polskę, to pewne.

Ja: Ja także odwiedzam miejsca żydowskie. W domu darzymy szacunkiem odmienność kulturową. Mówisz o poczuciu misji. Jaka jest to misja?

Y.K.: Misja szerzenia tolerancji, zaświadczania własną osobą. Pokazywania, że można żyć w Polsce jako osoba homoseksualna, można się realizować. Że lesbijki nie gryzą. Że mogą być “zwyczajne” jako osoby. Jeśli potrzeba, staję się również Żydówką, niepełnosprawną, mniejszością etniczną, wyznaniową. Staram się bronić mniejszości, maluczkich. Niejednokrotnie w różnych miejscach pojawiają się różne dyskusje, czasami kłamliwe stereotypy, trzeba to prostować. Ale przede wszystkim zajmuję się osobami homoseksualnymi – i staram się pokazywać, iż jesteśmy tacy jak inni i należy się nam prawo do zdrowego współistnienia bez homofobii, leczenia, terapii, nawracania, oskarżania – to trzeba codziennie powtarzać w różnych kontekstach różnym osobom, w różny sposób. Powtarzać aż do znudzenia, bo wiele osób w Polsce uważa to co najmniej za dziwaczność, nienormalność, że “coś z tym trzeba zrobić”, że tak być nie może – bo narażamy najmłodszych na “te dewiacje, zboczenia”.

Ja: Czy jest jakiś złoty środek na utrzymanie związku według Ciebie? Podejrzewam, że długo jesteś z Anią [Zawadzką – przyp. red. nacz.] i obalasz mit, że związki lesbijskie są krótkotrwałe. Jak udaje się wam być ze sobą?

Y.K.: Nie jestem terapeutką, mogę bazować tylko na własnym, długim doświadczeniu. Złotego środka, jak w przypadku innych kwestii nie ma, ale bardzo ważną rzeczą jest rozmawianie. O wszystkim, co nas boli, dotyka, co nam się nie podoba. Ważne jest wypracowanie takiej płaszczyzny, aby można było spokojnie o tym z partnerem/partnerką rozmawiać. Liczy się też wspólne analizowanie różnych naszych zachowań, jeśli coś było nie OK. Oczywiście wspólne jakieś plany, przedsięwzięcia – ale to kwestia indywidualna, czy np. mamy wspólne pasje i czy razem wyjeżdżamy na wakacje. Na pewno coś, co jest wspólne, bardziej jednoczy. Takie coś według mnie może się zawierać w haśle: widzimy ten sam punkt, ale możemy różnymi drogami do niego dochodzić. Wspólnota jest podstawą dobrego związku, wybaczanie – również. Zawsze pojawia się w związku kwestia zdrady. Prędzej czy później będzie bardzo ważne co z tym zrobimy, jak to przerobimy. Możemy od razu się rozstać, a możemy to przerobić, przegadać. Zakładam oczywiście związek partnerski, o innym wiem mało albo prawie nic [śmiech].

Ja: Przeżyłaś zdradę? Jak zareagowałaś?

Y.K.: Nasz związek to 14-letnia przygoda. Oczywiście gdybyśmy podchodziły do niego stereotypowo, to mógłby się on już dawno rozpaść – były takie zdarzenia, po których ludzie się często czy zazwyczaj rozstają, obserwujemy to wokoło wśród dalszych i bliższych znajomych. Dla mnie jednak praca nad związkiem to rzecz niezwykła. Jeśli tylko obie strony chcą, można to zrobić. Jednak jest to bardzo trudne i nie każdemu chce się podjąć tę rękawicę. Dla niektórych rozstać się jest prościej, założyć nowy związek, ale to dla mnie błędne koło. Jeśli już mamy nić porozumienia, kochamy się – po co to przerywać? Dla mnie właśnie praca nad związkiem to jest wartość, której często wokoło siebie nie widzę…

cdn…

Czytelnictwo: 5%

Droga do coming outu 2

Autor Replika Sierpień - 2 - 2009 Skomentuj

A jaki jest twój problem z lesbijkami? Jak to się stało, że na 57 kobiet w „Karuzeli..“ nie ma ani jednej?
Naprawdę? Nie wiem, dlaczego tak się stało, bardzo lubię lesbijki. A jaka by mogła być?

Nie wiem, choćby Dusty Springfield.
Hmmm… nie moja epoka, chyba wolałbym coś napisać o Ellen DeGeneres, jest mi bliższa.

Miałeś okazję poznać homoseksualistów, którzy dziś już są postaciami historycznymi, np. Jerzego Andrzejewskiego. W „Karuzeli z herosami“ napisałeś, że wasze spotkanie to historia na zupełnie inną opowieść niż wywiad, który się ukazał.
To było jesienią 1981 roku. Tuż przed stanem wojennym robiłem wywiad z autorem „Popiołu i diamentu“ dla katolickiego tygodnika „Za i przeciw“. Rozmowa dotyczyła głównie kwestii patriotycznych, ale Andrzejewski próbował skierować moje myślenie na sprawy gejowskie. Miałem 24 lata, a on poił mnie nalewką i opowiadał z przejęciem o swojej platonicznej miłości do Michała Bajora, który grał wtedy w filmie „W biały dzień“ w reż. Edwarda Żebrowskiego; był pod wielkim wrażeniem jego chłopięcości. Opowiadał o „Marysi“ Dąbrowskiej, jaka to była wspaniała lesbijka, pomstował na zakłamany świat, który zmuszał ją do ukrywania się, a potem też zakłamywania tego w biografiach. Mówił o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, który był jego wielką fascynacją, wybuchał nienawiścią do jego żony Basi, zarzucał jej, że w czasie powstania nie ukryła go pod podłogą, żeby go ocalić, a przecież taki geniusz rodzi się raz na kilka pokoleń. To było spotkanie jak na tamte czasy wyjątkowo otwarte, mówienie o tych wszystkich sławnych ludziach w kategoriach homoseksualnego zauroczenia wydawało się w tym całym zamieszaniu tuż przed stanem wojennym czymś… abstrakcyjnym. Oczywiście znałem plotki na temat samego Andrzejewskiego (który był dwukrotnie żonaty i miał dzieci): mówiło się, że „lubi chłopców“. Dzisiaj mam wrażenie, że Andrzejewski próbował zmienić temat rozmowy i przekształcić ją w opowieść o artystach przeklętych z powodu niemożności zrealizowania homoseksualnej tożsamości. To była właściwie jedyna kwestia, która go interesowała.

A Jerzy Waldorff?
Waldorff to zupełnie inna historia, bo on żył w długoletnim związku, chociaż w towarzystwie swojego partnera oficjalnie się nie pokazywał. Gdy robiłem dla telewizji wywiad z Waldorffem u niego w domu, pan Miecio siedział w kuchni i nie wolno mu było stamtąd wychodzić.

Czyli nie mogłeś nawet poznać Mieczysława Jankowskiego?
To było zdumiewające, bo z jednej strony byli razem ponad pół wieku i właściwie o tym się wiedziało, a z drugiej – on był całkowicie w cieniu. Nawet w Operze nie stawali obok siebie, tylko pan Miecio gdzieś krążył, a Waldorff rozmawiał z kolejnymi prominentnymi osobami.

Tomasz RaczekCzy pamiętasz moment, kiedy zrozumiałeś, że posiadasz tożsamość gejowską?
Ja chyba zawsze czułem, że jestem gejem. Tylko inicjację seksualną miałem bardzo późno. Zresztą zaczynałem z kobietami, trochę z rozpędu, bez przekonania, nie z mojej inicjatywy. Dopiero na drugim roku studiów przeżyłem seks z mężczyzną, który od razu okazał się dla mnie satysfakcjonujący, chociaż anonimowy, przypadkowy i niepołączony z miłością. Uważam, że to cudowne, móc iść do łóżka z człowiekiem, którego się kocha, ale żeby pójść z kimś do łóżka, niekoniecznie trzeba kochać. Mój Marcin się z tym nie zgadza.

A co zmieniło się w twoim podejściu do mówienia o swoim homoseksualizmie?
Dawniej nie chciałem, by to że jestem gejem miało w jakikolwiek sposób wpływać na moje życie. Myślałem sobie: dobrze, jestem gejem, to jest kwestia mojego popędu seksualnego, natomiast nie ma to nic wspólnego z moim wizerunkiem publicznym, moją pracą, bo co to kogo obchodzi? Prywatnie nie ukrywałem, że jestem gejem, ale też nigdy tego nie podkreślałem. Pamiętam rozmowę w klubie gejowskim w Londynie, gdy miałem 23 lata. Tam, jak to w klubie, ktoś podszedł, postawił drinka i zaczęliśmy rozmawiać. To był Anglik, zapytał, skąd jestem, a gdy się dowiedział, natychmiast zasypał mnie pytaniami: jak żyją geje w Polsce? Czy walczymy o swoje prawa? Jakie są organizacje? Dlaczego godzimy się na to, żeby nie mieć tego czy tamtego? Odpowiedziałem mu, że przecież możemy normalnie żyć, nikt nas nie wsadza do więzień, więc o co chodzi, czy to mało?

Dzisiaj myślę inaczej. Zrozumiałem, że to, co mi się wydawało łatwą do naśladowania normą i zwyczajną codziennością, to tylko pozór. Sam sobie wmawiałem, że bycie gejem nie wpływa na sposób myślenia. Myliłem się. Dostrzegłem coś oczywistego: bycie gejem radykalnie wpływa na sposób postrzegania świata właściwie we wszystkich płaszczyznach życia i myślenia. To się łączy z innym stosunkiem do instytucji rodziny i tradycji, która z reguły jest niesprzyjająca gejom. Z koniecznością wykreowania siebie na silną osobowość, ponieważ słaby gej właściwie nie ma szans na zrealizowanie swojej tożsamości. Żeby mieć udane, spełnione życie gej musi włożyć w nie dużo więcej wysiłku niż heteroseksualista. Musi być twardszy, bardziej samodzielny, samowystarczalny i świadomy zarówno swoich celów, jak i swoich interesów: po to, żeby mógł przetrwać jako gej! W przeciwnym razie grozi mu życie połowiczne w różnego rodzaju formach przetrwalnikowych, kokonach – w niespełnieniu, w stanie emocjonalnego niedorozwinięcia.

Kiedy zacząłeś myśleć o coming oucie?
Od kilku lat odczuwałem narastającą dysproporcję między tym, co czuję i jak postrzegam świat, a tym, jak świat postrzega mnie. Zorientowałem się, że zaczynam być dla wielu młodych ludzi autorytetem, bo moje teksty pojawiły się w podręcznikach szkolnych do języka polskiego, poza tym raz po raz ktoś oświadczał, że „wychował się“ na moich rozmowach z Zygmuntem Kałużyńskim, na „Perłach z lamusa“. Nawet zakładając, że część z tych oświadczeń to były tylko komplementy, musiałem przyznać, że znalazłem się w nieoczekiwanej sytuacji. Wpadło mi wtedy do głowy: ciekawe, co pomyśleliby oni wszyscy, gdyby wiedzieli, że jestem gejem? Czy zmieniliby o mnie zdanie? Wytworzyła się swoista schizofrenia: mój wizerunek publiczny zaczął się wyraźnie oddalać od wizerunku w moich własnych oczach. Po to, żeby wrócić do równowagi, swoje myśli oprzeć na niepomniejszonym fundamencie i móc dalej pracować, pisać, występować publicznie, musiałem połączyć te postacie w jedną, za to trójwymiarową. Tomasz_Raczek_and_Jan_SosinskiWłaśnie dlatego szukałem pretekstu, żeby zrobić coming out w sposób spektakularny, uroczysty i na moich warunkach. Kiedy „Berek“ został ukończony, a Marcin Szczygielski poprosił mnie, abym napisał do niego wstęp, pomyślałem, że to jest właśnie ta uroczysta chwila, która świetnie nadaje się do zrealizowania planu. I odbył się coming out. Z hukiem, jak trzeba. Bo, żeby poczuć się całkowicie wolnym, huk też jest potrzebny. Huk przekłutego balona.

Autor: Krzysztof Tomasik

Artykuł pochodzi z portalu Replika

Czytelnictwo: 5%

Droga do coming outu 1

Autor Replika Lipiec - 26 - 2009 Skomentuj

Wywiad z Tomaszem Raczkiem

Żeby mieć udane życie, gej musi włożyć w nie dużo więcej wysiłku niż heteroseksualista. Musi być twardszy, bardziej samodzielny, samowystarczalny i świadomy zarówno swoich celów, jak i swoich interesów.

Kiedy zrozumiałeś, że jesteś gejem?
W szkole średniej zorientowałem się, że coś, co uważałem za fazę homofilną, a więc naturalny okres w czasie dojrzewania, gdy chłopcy wolą środowisko rówieśników i unikają dziewczyn, u mnie nie przechodzi; ciągle wolę towarzystwo chłopców, także w wymiarze intelektualnym. Nie widziałem dla siebie żadnej roli w świecie kobiet, bo mnie on nudził. Podobało mi się za to wszystko, co było dowodem męskości, siły, zdecydowanego, nieznającego ograniczeń działania. No i miało smak wolności, także w sferze obyczajowej. Podczas studiów zrozumiałem, że jest w tym również aspekt erotyczny.

Jak wtedy o sobie mówiłeś? Nie było przecież słowa “gej”.
Nie pamiętam, pewnie homoseksualista. Na pewno nie „pedał“ czy „ciota“. Te określenia nigdy mnie specjalnie nie dotykały, np. jeśli ktoś powiedział „ty pedale“; nie czułem jednak potrzeby, żeby tak o sobie mówić. Słowo „pedał“ nie jest ładnym słowem.

A jak odbierałeś sztukę z wątkami homoerotycznymi? Dostrzegałeś je? Myślę np. o filmach Viscontiego, Pasoliniego…
Tak, także w „Kabarecie“ Boba Fosse’a, który obejrzałem trzy razy tego samego dnia, wychodząc i wchodząc ciągle do tego samego kina. Oczywiście zauważałem wątki homoerotyczne, sporo o nich pisałem, szczególnie w połowie lat 80., kiedy byłem krytykiem teatralnym „Polityki“. Pamiętam swój tekst „Włochaci i piękni w burdelu“ na temat sztuki Geneta „Parawany“ w Teatrze Studio (reż. Jerzy Grzegorzewski), potem napisałem „Nie uciekaj Pinokio“ o spektaklu Pier Paolo Pasoliniego „Affabulazione“ w Starym Teatrze w Krakowie (reż. Krzysztof Babicki). Zresztą odszedłem z „Polityki“ w związku z esejem „Zaraza w raju“ o nowojorskich gejach w sztukach Larrego Kramera na Broadway’u (za to potem udało mi się opublikować wywiad z Larrym Kramerem, gdy byłem już naczelnym „Playboya“).

O AIDS?Tomasz Raczek
Między innymi. Tekstu nie pozwolono mi opublikować, mówiąc, że jestem od pisania recenzji teatralnych z polskich sztuk, a nie esejów kulturowych o Ameryce. Z tego powodu zacząłem szukać innej gazety, w efekcie artykuł został wydrukowany w „Przeglądzie Tygodniowym“. Pisałem też do „Kina“, na przykład o filmie „Moja piękna pralnia“ Stephena Frearsa, którego premiery byłem świadkiem podczas Festiwalu w Edynburgu. Gdziekolwiek natknąłem się na tematykę gejowską, zawsze ją podejmowałem. Doceniał to Zygmunt Kałużyński, który powtarzał, że powinienem te teksty zebrać i wydać.

Nie unikałem tematyki homoseksualizmu, choć nie pisałem z pozycji homoseksualisty, lecz raczej życzliwego obserwatora. Wydawało mi się zresztą, że jest to optymalna sytuacja: dzięki temu miałem większą swobodę działania, mogłem napisać więcej. Myślę, że wtedy, w PRL-u, rzeczywiście tak było. Natomiast dziś już tak nie jest: ma się tym więcej wolności, im więcej się o sobie powie.

Na spotkaniu w KPH powiedziałeś, że w PRL-u można było napisać wszystko z wyjątkiem tego, że jest się gejem. Czy teraz już wiesz, dlaczego? Co powodowało tę niemożność?
Myślę, że brak zaplecza. Dziś, jak mówisz: jestem gejem, to opowiadasz się za pewnym sposobem życia i pewnym światem, którego namiastkę już w Polsce mamy w postaci Kampanii Przeciw Homofobii, Fundacji Równości, Lambdy, iluś portali internetowych itd. Opowiadasz się za czymś, co już jest. Mówisz: jestem częścią tego świata. A gdybyś w PRL-u to powiedział, to jakbyś się wystrzelił w kosmos.

Obracałeś się wówczas także w kręgach stricte homoseksualnych?
Raczej nie, przez wiele lat zniechęcał mnie do tego przykry zwyczaj nazywania siebie imionami żeńskimi, co niedawno przypomniał Michał Witkowski w „Lubiewie“. Dostawałem białej gorączki, gdy dorośli faceci mówili do siebie per „Violetta“, „Klaudia“ czy „Petronela“. Zwyczajnie mi się to nie podobało, nigdy do nikogo w ten sposób nie mówiłem. Dotyczy to zresztą wszelkich przezwisk, których nie „kupuję“. Kwestia smaku.

Czy wszyscy homoseksualiści tak robili? W PRL-u to była norma środowiskowa?
Nie wiem, ale wydaje mi się, że gdy geje spotykali się wyłącznie w swoim gronie, często na tym się kończyło.

Może to był jakiś sposób odreagowania, własny kod?
Być może, jednak na mnie ten kod nie działał. Co innego, gdyby w ramach kodu przebierali się w skórzane kurtki i spodnie…

Może takie skórzane środowiska też gdzieś były.
Niestety chyba nie było (śmiech).

A gdzie są twoi znajomi z tamtych lat? Dlaczego na różnych branżowych imprezach tak niewiele jest ludzi z pokolenia 50-latków i starszych?
Moi znajomi z tamtych lat mają dzisiaj ledwie po czterdziestce i są znajomymi z TYCH lat: pobudowali się, dużo podróżują po świecie, prowadzą najczęściej ciekawe życie, ale z dala od środowiska. Nie wiem, czy to jest ich wina, mam wrażenie, że po prostu nie ma dla nich oferty. To przykre przeoczenie młodszych pokoleń: kulturalne życie gejów sprowadzono do klubów, a tam do występów drag queens i striptizu. To naprawdę niewiele! Żeby dojrzalsi geje, tacy z grupy 35+ czyli mojej, czuli się komfortowo jako członkowie społeczności LGBT, muszą wiedzieć, że są w niej mile widziani. Że są atrakcyjną częścią środowiska. Tomasz RaczekTymczasem w klubach ludzi taksuje się niezmiennie według dwóch kryteriów – młodości i atrakcyjności fizycznej. Niestety my geje ciągle jesteśmy na etapie ciała, nie głowy…

Kilka numerów temu raport „Repliki“ był poświęcony divom gejowskim. Czy twoja książka „Karuzela z Madonnami“ to właśnie zestaw ulubionych div?
W pewnym sensie ale nie dosłownie. Bardzo lubię divy, choć nie mam do nich stosunku bałwochwalczego. Moją ulubioną divą jest Mireille Mathieu, wiernie kibicuję też Shirley Bassey, a ze śpiewających aktorek podziwiam Lizę Minnelli, Zarah Leander i Marikę Rökk. Mam jednak wrażenie, że w tej wyjątkowej miłości gejów do div chodzi o coś innego – spełniają one rolę swego rodzaju emocji zastępczej. Im więcej ograniczeń odrzucam w moim publicznym wizerunku, tym mniej potrzebne mi są divy do wyrażania tego, co czuję.

Autor: Krzysztof Tomasik

Artykuł pochodzi z portalu Replika

Czytelnictwo: 6%

Różnicę trzeba przerobić

Autor Replika Lipiec - 12 - 2009 Skomentuj

Rozmowa z Błażejem Warkockim, autorem książki „Homo niewiadomo“.

W 2004 roku przygotowałeś wspólnie ze Zbyszkiem Sypniewskim książkę „Homofobia po polsku“, pierwszą analizę zjawiska homofobii w Polsce. Skąd pomysł na taką właśnie książkę?
Pomysł wziął się z braku rzetelnej dyskusji. Można powiedzieć, że to była książka interwencyjna. Wcześniej o homofobii pisało się jedynie w niszowych pismach. W czasopismach ukazywały się czasami teksty dotyczące gejów i lesbijek, ale homoseksualność była w nich postrzegana jako problem, mniej lub więcej prywatny, i co najwyżej postulowano w nich tolerancję wobec osób homoseksualnych. W „Homofobii po polsku“ chcieliśmy wyjść poza dyskusję „za“ czy „przeciw“ gejom i lesbijkom, pokazać, że w tym wszystkim najistotniejsza jest kwestia homofobii. Zebraliśmy teksty, które mówiły o tym, że tolerancja to za mało, że trzeba wskazywać na heteronormatywność rzeczywistości społecznej i ją zmieniać.

To był w ogóle dosyć gorący czas, chociażby ze względu na dyskusję z Zofią Milską-Wrzosińską na łamach „Gazety Wyborczej“ – pierwszą dużą dyskusję o prawach lesbijek i gejów w polskich mediach. I my wtedy czuliśmy, że ta dyskusja jest niewystarczająca, a nasza książka miała być głosem, którego w niej zabrakło.

Czy coś się zmieniło w dyskusji o prawach osób homoseksualnych od ukazania się „Homofobii po polsku“?
Tak. Homofobia stała się dużo wyraźniej kwestią polityczną, szczególnie od 2005 roku i pacyfikacji Marszu Równości w Poznaniu. Wcześniej o lesbijkach i gejach nie rozmawiano na przykład przy okazji wyborów, nie była to kwestia różnicująca partie polityczne. W 2005 roku natomiast ten temat pojawił się w expose premiera Kaczyńskiego. Niestety, reguły dyskusji o homofobii wciąż wyznacza prawica, a gej funkcjonuje w niej głównie jako straszak, wróg publiczny nr 1.

Gdyby miała powstać „Homofobia po polsku 2“ – o czym by była?
„Homofobia po polsku“ była swoistym manifestem, opowiedzeniem się po stronie lewicowo-liberalnej wizji państwa. Być może druga część ma sens, ale chyba przed wszystkim powinny powstawać książki, które będą indywidualnymi, autorskimi wizjami różnych aspektów emancypacji. I takie książki powstają – chociażby prekursorskie „Obszary odmienności“ Izabeli Filipiak, świetna książka Anny Laszuk, bardzo ważna książka Joanny Mizielińskiej, „Miłość i demokracja“ Tomka Kitlińskiego i Pawła Leszkowicza, „Tęczowy elementarz“ Roberta Biedronia. To jednak ciągle mało i – być może – zamiast (albo obok) drugiej części „Homofobii po polsku“ powinna się pojawiać rzetelna naukowa praca dotycząca historii polskiej emancypacji gejowsko-lesbijskiej, która obejmowałaby lata 80., 90., aż po dzień dzisiejszy. Bo jeżeli dzisiaj emancypacja ma się rozwijać, to musi rozumieć, mieć i znać własną historię. Powinno też istnieć porozumienie ponad pokoleniami, żeby nagle się nie wydawało, że Jacek Poniedziałek jest pierwszą osobą publiczną, która się wyoutowała.

Może w „Homofobii po polsku 2“ należałoby się zastanowić nad tym, jak funkcjonuje środowisko gejowsko-lesbijsko-feministyczne, jak się organizuje nasza zbiorowa tożsamość, czy nie zasadza się przypadkiem na jakimś koźle ofiarnym, którego się zabija i idzie dalej. Taka refleksja autokrytyczna jest bardzo potrzebna, bo głupio by było, gdyby okazało się, że nasza polska emancypacja usłana jest symbolicznymi trupami. A druga ważna rzecz, która mogłaby się tam znaleźć, to kwestia poszerzania pola emancypacji. Może warto by się zastanowić, dlaczego osoby starze, z mniejszych miejscowości, ze starszego pokolenia, nie chodzą na parady, nie uważają, że to jest ich sprawa, i zastanowić się, co zrobić, żeby uznali, że jednak jest ich.

Twoja nowa książka, „Homo niewiadomo“, wpisuje się w nurt indywidualnych głosów na temat emancypacji?

merlin.pl

merlin.pl

Mam nadzieję, że tak. Jednak jest przede wszystkim książką akademicką, dotyczy literatury, a nie bezpośrednio życia społecznego, choć mam nadzieję, że między wierszami mówię sporo ważnych rzeczy. Innymi słowy: pisząc o literaturze, staram się pisać też o społeczeństwie. W ten sposób – czytając teksty – staram się pokazać, w jaki sposób konstruowana jest tożsamość, zwłaszcza ta nienormatywna. „Homo niewiadomo“ jest jednak przede wszystkim o trojgu pisarzy – Grzegorzu Musiale, Andrzeju Stasiuku i Izabeli Filipiak.

Dlaczego właśnie o nich?
No cóż, wybór do pewnego stopnia jest arbitralny. Zwykło się myśleć o Musiale jako przedstawicielu (męskiej) literatury homoseksualnej. W tym porządku Stasiuk to z kolei proza męska, Filipiak – kobieca, feministyczna i lesbijska. Nie przyzwyczajam się jednak do tych etykiet, a wręcz przeciwnie – staram się w nich znaleźć dziury.

Ale to pożyteczna zabawa. Na przykładzie Musiała staram się pokazać jak wysoka, elitarna „szafa“ może być z dzisiejszej perspektywy niebezpieczna, czyli jak taki ukryty homoseksualista lokujący się w wysokich warstwach kultury niż tego ni z owego zaczyna przeprojektowywać „winę“ na gejów. Zresztą ta figura geja pojawia się w dyskusjach publicznych, u publicystów prawicowych, dla których osoby homoseksualne, które wyszły z szafy, są granicą tego, co normalne, polskości, narodu. Co jest zresztą dosyć paradoksalne – mogłoby się wydawać, że w emancypacji chodzi tylko o małą regulację, o to, żeby pary tej samej płci mogły zawierać jakiś rodzaj rejestrowanych związków. A z perspektywy prawicowej okazuje się, że jest to koniec świata. I ja, pisząc o Musiale i czytając Musiała, staram się wyjaśniać, dlaczego tak jest. Bo w pewnym sensie to jest koniec świata, a właściwie koniec pewnej naturalnej, heteronormatywnej wizji świata.
Ważna dla mnie jest zakończenie tej pracy, które jest zarazem otwarciem. Piszę w nim o polskim kanonie literatury. O tym, że w kulturze XX wieku niby tej homoseksualności nie ma w sferze tego, co widoczne, ale kiedy się temu dokładniej przyjrzymy, to okazuje się, że jest to swego rodzaju cyrkulująca Tajemnica. I chodzi o to, żeby opisać funkcjonowanie tej tajemnicy, żeby ograniczyć jej niszczące działanie.

Ważny jest też tytuł książki.
Nie wiem, czy ważny, mam nadzieję, że – sprytny. „Homo niewiadomo“ jest formułą, które uznałem za możliwy odpowiednik „queer“. W dyskursie akademickim tłumaczy się to słowo jako „odmieniec“, także ze względu na modernistyczną poetkę Marię Komornicką, która po swojej płciowej transgresji nazwała się Odmieńcem. W słowie „queer“ jest dawka wulgarności, zaczepności, której nie ma w „odmieńcu“. Homo niewiadomo wydało mi się słowem genialnym, po pierwsze dlatego, że jest to słowo bardzo polskie, które wszyscy kojarzą, będące swojego rodzaju eufemizmem, który ma nazwać, napiętnować osobę homoseksualną, a po drugie nie jest słowem zupełnie legalnym, jest potoczne, podwórkowe, z życia wzięte, piętnuje się nim. Homo niewiadomo jest poza tym formułą bezpłciową, może obrażać, czy też dotykać tak kobiet, jak i mężczyzn. Chodziło oczywiście o to, żeby ukraść to słowo, wyrwać je z homofobicznego kontekstu. Znakiem potwierdzającym, że to robię, jest błąd ortograficzny, tzn. „niewiadomo“ zapisuję razem (podpowiedział mi ten pomysł bardzo dobry młody poeta Piotr Mierzwa) . Wydało mi się to bardzo sprytne, bo w ten sposób ta formuła upodabnia się do takich formuł jak „homo ludens“, „homo sapiens“ i w jakiś sposób też je parodiuje.

Oprócz książek opisujących homofobię, ruch emancypacyjny, ostatnio pojawiła się coraz więcej pozycji powieściowych – „Berek“ Szczygielskiego, „Ja, czyli 66 moich miłości“ Żurawieckiego, „Śmierć w darkroomie“ Pasewicza…
I to mnie oczywiście bardzo mnie cieszy. Właściwie stało się coś, co postulowałem swojego czasu w swoich tekstach – żeby powstała popularna literatura gejowsko-lesbijska. Bo to byłby objaw pewnej normalności.

Dla nas – normalności, ale pojawiają się głosy, że jest to sztuczna etykieta, że nie ma czegoś takiego jak np. kultura gejowska, jest tylko kultura w ogóle. Oczywiście, że jest coś takiego jak literatura, czy szerzej – kultura gejowska czy lesbijska. Widać ją, gdy już wyszła z szafy. Najprościej rzecz ujmując – to literatura, w której przedstawiane są problemy osób homoseksualnych, a główni bohaterowie są nieheteroseksualni, czy też nieheteronormatywni. Choć w tej etykiecie kryje się rzecz jasna pewnego rodzaju zagrożenie – wypływają rzeczy słabe tylko dlatego, że są gejowskie lub lesbijskie. Ale nie jest to wielki problem. Iza Filipiak powiedziała kiedyś, że należy rozmawiać również o słabych książkach i trzeba je analizować, bo zapisują jakąś wizję świata. I ja się z nią zgadzam. Lepiej dobrze przeczytać harlequina niż przekartkować Prousta, że zacytuję Przemysława Czaplińskiego.

Z drugiej jednak strony nie warto przesadnie gloryfikować tej formuły, żeby nie spacyfikować indywidualnych przekazów artystycznych. W tekstach krytycznoliterackich trzeba indywidualizować i różnicować.

Być może za 10, 20 lat będziemy tak wolni i wyzwoleni, że taka etykieta, że coś jest gejowskie czy lesbijskie, nie będzie nikomu potrzebna i patrząc na powieści Ewy Schilling, będziemy mówić, że jest to literatura o ludziach, którzy są – tak się akurat składa – lesbijkami. I to będzie uniwersalizm po różnicy. Tylko że tę różnicę najpierw trzeba przerobić.

genderstudies.pl

genderstudies.pl

Błażej Warkocki (ur. 1977) – krytyk, publicysta. Najlepszy znawca tematyki gejowsko-lesbijskiej w polskiej literaturze, zajmował się m.in. twórczością Grzegorza Musiała, Michała Witkowskiego, Izabeli Filipiak, Edwarda Pasewicza. Publikował w najważniejszych pismach literackich („Ha!art“, „Pogranicza“, „Portret“, „Fa-art“, „Czas kultury“), a także w „Bez Dogmatu“ i „Res Publice Nowej“. Od 2007 roku członek redakcji „Krytyki Politycznej“ i felietonista portalu Inna Strona, gdzie recenzuje nowości książkowe związane z tematyką LGBT.

Jego teksty znalazły się w licznych książkach (m.in. „Odmiany odmieńca“, „W poszukiwaniu małej dziewczynki“). Współautor „Kalendarium życia literackiego 1976-2000“. W 2004 r. wraz ze Zbyszkiem Sypniewskim stworzył antologię „Homofobia po polsku“, zbiór tekstów diagnozujący sytuację polskich gejów i lesbijek na początku wieku. „Homo niewiadomo“ (2007) jest jego samodzielnym debiutem książkowym.

Błażej Warkocki od lat postuluje powstanie popularnej literatury gejowsko-lesbijskiej. Ocalił od zapomnienia powieść Marcina Krzeszowca „Ból istnienia“, obecnie pracuje nad analizą opowiadania Juliana Stryjkowskiego „Tommaso del Cavaliere“. Fan serialu „The L Word“.

Czytelnictwo: 5%

Kto nas zerżnie, kto pokocha

Autor Replika Lipiec - 3 - 2009 Skomentuj

Ja, czyli 66 moich miłości

Rozmowa z Bartoszem Żurawieckim, autorem książki „Ja, czyli 66 moich miłości“

Po co zakłada się profile na gejowskich portalach randkowych?
Przede wszystkim w celu znalezienia partnera. Seksualnego albo życiowego.

To się definiuje?
Tak, na przykład w nagłówku umieszcza się informację, czy chodzi nam o seks, relację partnerską czy o przyjaźń. Pamiętam, że kiedy w swoim profilu zmieniałem pozycję z „relationship“ na „sex“, zainteresowanie gwałtownie wzrastało.

Sexappeal to nasza broń…
Ale sieć ma swoje ciemne strony. Jak w piosence: wciąż się na coś czeka. I na kogoś – kto nie chce przyjść. Dziesiątki nowych nicków, tysiące starań, ale efekt i tak jest najczęściej nieproporcjonalny w stosunku do wysiłku psychicznego, jaki wkładamy w tę przygodę.

Jednak przygodę.
Mimo wszystko. Kiedy zakładałem swój profil, czułem się tak, jakbym zgłaszał akces do biura matrymonialnego, ale szybko okazało się, że sieć prowokuje wiele skrajnych emocji. Wtedy doszedłem do wniosku, że byłby to ciekawy materiał na książkę.

A czy wirtual miał, w twoim przypadku, konkretne przełożenie na real – na przykład poznałeś tam kogoś, zabujałeś się w nim?
Tak, w taki sposób poznałem jednego z moich partnerów.

Rozmawiamy o gejowskim profilu, ale temat twojej książki: „Ja, czyli 66 moich miłości“ jest oczywiście szerszy. Opisujesz świat opleciony przez sieć. Godziny spędzane przed kompem wydziedziczają minuty rzeczywistości oswojonej.
Sieć bardzo skutecznie, trochę podstępnie i podskórnie – wypiera rzeczywistość. Z wolna zajmuje jej miejsce. Taki właśnie jest punkt wyjścia książki. Interesowało mnie, co się za tym wszystkim kryje.

W sieci przeżywamy życiorysy równoległe. Twarz odkleja się i zmienia, mężczyzna staje się kobietą.
Internet staje się zbiorowym transseksualnym snem. Oplata nas, czasami wchłania. Jest parawanem, za którym czają się prawdziwe pragnienia i tęsknoty. Chyba każdy z nas chciałby chociaż przez moment stać się kimś innym, zmienić tożsamość. Sieć jest przymierzalnią tożsamości.

Mniej seksowną siostrą (spełnionych) pragnień jest przesyt.
Bogactwo i atrakcyjność bodźców, które znajdujemy w wirtualu, szybko się wyczerpuje. Dlatego szukamy ciągle nowych doznań.

Hardcore?
No tak, ale potem zawsze pojawia się nuda. Pytania – co dalej, co jeszcze? Stąd wzięła się meandryczna struktura książki. Chciałem, żeby była tożsama z narracją w sieci, gdzie jest miejsce na nowe podniety, pragnienia, ale również na zwątpienie, nudę i obojętność.

Mam wrażenie, że „Ja, czyli…“ jest także udaną próbą przejęcia sieciowego języka – lub wirtualnej nowomowy – do wyrafinowanej literackiej zabawy.
Nie, to zupełnie inna narracja. Po ostatnim przecinku nie ma kropki. Po kropce – nie ma wielkich liter. W sieciowych dyskusjach język polski miesza się angielskim, pojawiają się „modne“ skróty i nowe wyrazy. Rozmawiamy nie tylko słowami, ale też znakami, symbolami. Najczęściej nie znamy prawdziwych imion osób, z którymi korespondujemy. Nick jest za to wieloznaczny, wielopłciowy… Czasami ktoś odzywał się do mnie po kilku tygodniach czy miesiącach milczenia, ale ja już o nim nie pamiętałem. Może miałem z nim seks? Może prawdziwy, a może wirtualny?
Ten znak zapytania jest w twojej prozie bardzo ważny. Oznacza symboliczną dezorientację (czasów) i stylistyczną pewność (języka).
Brak porządku przyczynowo-skutkowego był w „Ja, czyli…“ zamierzony.

Język Twojej książki bywa dosadny. Ostatni listek figowy wywiał wiatr żądz. Zastanawiam się jak “Ja, czyli 66 moich miłości” przyjmą heterycy.
Ale przecież heteroseksualiści rozmawiają w necie dokładnie tak samo jak geje! Tokują sobie genitalnie (śmiech). Generalnie sieć jest miejscem, w którym puszczają wszelkie hamulce, zacierają się konwenanse – mentalne i ortograficzne. Ukrywanie tej obsceniczności w książce byłoby absurdem.

Chamskie odzywki taksówkarza zawsze będą dla mnie wulgarne, ale w sieci czy w esemesach wulgaryzmy stają się białym wierszem, są kostiumem.
Masz rację, w necie następuje przekroczenie, hiperrealizm – czyli taki stopień nasycenia swoistym wyrafinowaniem i wulgarnością, że obscena staje się powoli groteską albo językową fanaberią.

Czy zgodziłbyś się z interpretacją, że „Ja, czyli…“ jest książką o grze w miłość, o grze w seks?
Chciałem pokazać, że taka gra jest dzisiaj rodzajem przebrania, nieustającą zabawą karnawałową, balem maskowym, który czasami kończy się jednak w sposób zupełnie niezabawny.

Bardzo przejmujące są te fragmenty książki, kiedy piszesz o starym małżeństwie; o mężczyźnie, który chce się zabić; wreszcie o kryptogeju uwięzionym pod wiecznym krawatem heteroseksualnych konwenansów.
Sieć jest przestrzenią ludzi młodych. A raczej ludzi, którzy za wszelką cenę muszą być młodzi, bo tego wymaga od nich kulturowy dyktat. Na portalach gejowskich bardzo trudno znaleźć profile osób, które mają więcej niż, powiedzmy, 50 lat. I się do swojego wieku przyznają. Dlatego moimi bohaterami są także ludzie, którzy – nie ze swojej winy – kiedyś się spóźnili. Teraz próbują nadrobić zaległości. Czasami desperacko, najczęściej – depresyjnie.

Pierwszoosobowy bohater twojej książki nie ma żadnych oporów przed seksem z siedemdziesięciolatkiem albo wciągnięciem do darkroomu spoconego bankowca.
Narrator jest fantomem. Nie zna ograniczeń, nie ma określonego wyglądu (a zatem jest piękny dla każdego), wszystkim mówi to, co akurat chcą usłyszeć: że kocha, że zostanie na zawsze. To ideał, o którym marzy każdy logujący się na gejowskim portalu. Jest spełnioną nadzieją na znalezienie kogoś, kto nas zerżnie i pokocha.

Takie ciacha istnieją?
Sprawdź w sieci.

Bartosz Żurawiecki

myopera.com

Bartosz Żurawiecki (ur. 1971) – krytyk, publicysta. Jeden z najbardziej cenionych krytyków filmowych w Polsce. Laureat nagrody im. Krzysztofa Mętraka. Od lat związany z „Filmem“, gdzie oprócz szefowania działowi recenzji pisze felietony. Poza tym publikował w „Przekroju“, „Ha!arcie“, „Tygodniku Powszechnym“, „Odrze“, „Gazecie Wyborczej“, „Świecie Filmu“.

Nigdy nie ukrywał swojego homoseksualizmu, jest autorem licznych tekstów analizujących wątki gejowskie, lesbijskie, ale także transseksualne w kinie. Jego test „O tym, którego nie ma“ (2002) opublikowany w „Bez Dogmatu“, a potem „Homofobii po polsku“, uznawany jest za przełomowy, to pierwszy głos homosekseksualisty, który już nie prosi, ale żąda równego traktowania. Autor felietonów w gejowskich pismach „Interhom“ oraz „On i On“.

Pierwszą powieść „Trzech panów w łóżku nie licząc kota“ napisał w 2003 roku, wydana dwa lata później stała się sztandarowym przykładem literatury gejowskiej w polskiej literaturze. Rok później ukazał się zbiór dramatów „Erotica alla polacca“, a obecnie wyszła kolejna powieść – „Ja, czyli 66 moich miłości“.

Niezmordowany propagator kultury gejowskiej, pisał teksty o Catherine Deneuve, R. W. Fassbinderze, Almodovarze, wraz z Małgorzatą Sadowską przedstawił pionierką analizę wątków homoseksualnych w twórczości Krzysztofa Zanussiego. Wielbiciel div gejowskich, poczynając od Zdzisławy Sośnickiej.

Czytelnictwo: 3%