Rozmowa z Błażejem Warkockim, autorem książki „Homo niewiadomo“.
W 2004 roku przygotowałeś wspólnie ze Zbyszkiem Sypniewskim książkę „Homofobia po polsku“, pierwszą analizę zjawiska homofobii w Polsce. Skąd pomysł na taką właśnie książkę?
Pomysł wziął się z braku rzetelnej dyskusji. Można powiedzieć, że to była książka interwencyjna. Wcześniej o homofobii pisało się jedynie w niszowych pismach. W czasopismach ukazywały się czasami teksty dotyczące gejów i lesbijek, ale homoseksualność była w nich postrzegana jako problem, mniej lub więcej prywatny, i co najwyżej postulowano w nich tolerancję wobec osób homoseksualnych. W „Homofobii po polsku“ chcieliśmy wyjść poza dyskusję „za“ czy „przeciw“ gejom i lesbijkom, pokazać, że w tym wszystkim najistotniejsza jest kwestia homofobii. Zebraliśmy teksty, które mówiły o tym, że tolerancja to za mało, że trzeba wskazywać na heteronormatywność rzeczywistości społecznej i ją zmieniać.
To był w ogóle dosyć gorący czas, chociażby ze względu na dyskusję z Zofią Milską-Wrzosińską na łamach „Gazety Wyborczej“ – pierwszą dużą dyskusję o prawach lesbijek i gejów w polskich mediach. I my wtedy czuliśmy, że ta dyskusja jest niewystarczająca, a nasza książka miała być głosem, którego w niej zabrakło.
Czy coś się zmieniło w dyskusji o prawach osób homoseksualnych od ukazania się „Homofobii po polsku“?
Tak. Homofobia stała się dużo wyraźniej kwestią polityczną, szczególnie od 2005 roku i pacyfikacji Marszu Równości w Poznaniu. Wcześniej o lesbijkach i gejach nie rozmawiano na przykład przy okazji wyborów, nie była to kwestia różnicująca partie polityczne. W 2005 roku natomiast ten temat pojawił się w expose premiera Kaczyńskiego. Niestety, reguły dyskusji o homofobii wciąż wyznacza prawica, a gej funkcjonuje w niej głównie jako straszak, wróg publiczny nr 1.
Gdyby miała powstać „Homofobia po polsku 2“ – o czym by była?
„Homofobia po polsku“ była swoistym manifestem, opowiedzeniem się po stronie lewicowo-liberalnej wizji państwa. Być może druga część ma sens, ale chyba przed wszystkim powinny powstawać książki, które będą indywidualnymi, autorskimi wizjami różnych aspektów emancypacji. I takie książki powstają – chociażby prekursorskie „Obszary odmienności“ Izabeli Filipiak, świetna książka Anny Laszuk, bardzo ważna książka Joanny Mizielińskiej, „Miłość i demokracja“ Tomka Kitlińskiego i Pawła Leszkowicza, „Tęczowy elementarz“ Roberta Biedronia. To jednak ciągle mało i – być może – zamiast (albo obok) drugiej części „Homofobii po polsku“ powinna się pojawiać rzetelna naukowa praca dotycząca historii polskiej emancypacji gejowsko-lesbijskiej, która obejmowałaby lata 80., 90., aż po dzień dzisiejszy. Bo jeżeli dzisiaj emancypacja ma się rozwijać, to musi rozumieć, mieć i znać własną historię. Powinno też istnieć porozumienie ponad pokoleniami, żeby nagle się nie wydawało, że Jacek Poniedziałek jest pierwszą osobą publiczną, która się wyoutowała.
Może w „Homofobii po polsku 2“ należałoby się zastanowić nad tym, jak funkcjonuje środowisko gejowsko-lesbijsko-feministyczne, jak się organizuje nasza zbiorowa tożsamość, czy nie zasadza się przypadkiem na jakimś koźle ofiarnym, którego się zabija i idzie dalej. Taka refleksja autokrytyczna jest bardzo potrzebna, bo głupio by było, gdyby okazało się, że nasza polska emancypacja usłana jest symbolicznymi trupami. A druga ważna rzecz, która mogłaby się tam znaleźć, to kwestia poszerzania pola emancypacji. Może warto by się zastanowić, dlaczego osoby starze, z mniejszych miejscowości, ze starszego pokolenia, nie chodzą na parady, nie uważają, że to jest ich sprawa, i zastanowić się, co zrobić, żeby uznali, że jednak jest ich.
Twoja nowa książka, „Homo niewiadomo“, wpisuje się w nurt indywidualnych głosów na temat emancypacji?

merlin.pl
Mam nadzieję, że tak. Jednak jest przede wszystkim książką akademicką, dotyczy literatury, a nie bezpośrednio życia społecznego, choć mam nadzieję, że między wierszami mówię sporo ważnych rzeczy. Innymi słowy: pisząc o literaturze, staram się pisać też o społeczeństwie. W ten sposób – czytając teksty – staram się pokazać, w jaki sposób konstruowana jest tożsamość, zwłaszcza ta nienormatywna. „Homo niewiadomo“ jest jednak przede wszystkim o trojgu pisarzy – Grzegorzu Musiale, Andrzeju Stasiuku i Izabeli Filipiak.
Dlaczego właśnie o nich?
No cóż, wybór do pewnego stopnia jest arbitralny. Zwykło się myśleć o Musiale jako przedstawicielu (męskiej) literatury homoseksualnej. W tym porządku Stasiuk to z kolei proza męska, Filipiak – kobieca, feministyczna i lesbijska. Nie przyzwyczajam się jednak do tych etykiet, a wręcz przeciwnie – staram się w nich znaleźć dziury.
Ale to pożyteczna zabawa. Na przykładzie Musiała staram się pokazać jak wysoka, elitarna „szafa“ może być z dzisiejszej perspektywy niebezpieczna, czyli jak taki ukryty homoseksualista lokujący się w wysokich warstwach kultury niż tego ni z owego zaczyna przeprojektowywać „winę“ na gejów. Zresztą ta figura geja pojawia się w dyskusjach publicznych, u publicystów prawicowych, dla których osoby homoseksualne, które wyszły z szafy, są granicą tego, co normalne, polskości, narodu. Co jest zresztą dosyć paradoksalne – mogłoby się wydawać, że w emancypacji chodzi tylko o małą regulację, o to, żeby pary tej samej płci mogły zawierać jakiś rodzaj rejestrowanych związków. A z perspektywy prawicowej okazuje się, że jest to koniec świata. I ja, pisząc o Musiale i czytając Musiała, staram się wyjaśniać, dlaczego tak jest. Bo w pewnym sensie to jest koniec świata, a właściwie koniec pewnej naturalnej, heteronormatywnej wizji świata.
Ważna dla mnie jest zakończenie tej pracy, które jest zarazem otwarciem. Piszę w nim o polskim kanonie literatury. O tym, że w kulturze XX wieku niby tej homoseksualności nie ma w sferze tego, co widoczne, ale kiedy się temu dokładniej przyjrzymy, to okazuje się, że jest to swego rodzaju cyrkulująca Tajemnica. I chodzi o to, żeby opisać funkcjonowanie tej tajemnicy, żeby ograniczyć jej niszczące działanie.
Ważny jest też tytuł książki.
Nie wiem, czy ważny, mam nadzieję, że – sprytny. „Homo niewiadomo“ jest formułą, które uznałem za możliwy odpowiednik „queer“. W dyskursie akademickim tłumaczy się to słowo jako „odmieniec“, także ze względu na modernistyczną poetkę Marię Komornicką, która po swojej płciowej transgresji nazwała się Odmieńcem. W słowie „queer“ jest dawka wulgarności, zaczepności, której nie ma w „odmieńcu“. Homo niewiadomo wydało mi się słowem genialnym, po pierwsze dlatego, że jest to słowo bardzo polskie, które wszyscy kojarzą, będące swojego rodzaju eufemizmem, który ma nazwać, napiętnować osobę homoseksualną, a po drugie nie jest słowem zupełnie legalnym, jest potoczne, podwórkowe, z życia wzięte, piętnuje się nim. Homo niewiadomo jest poza tym formułą bezpłciową, może obrażać, czy też dotykać tak kobiet, jak i mężczyzn. Chodziło oczywiście o to, żeby ukraść to słowo, wyrwać je z homofobicznego kontekstu. Znakiem potwierdzającym, że to robię, jest błąd ortograficzny, tzn. „niewiadomo“ zapisuję razem (podpowiedział mi ten pomysł bardzo dobry młody poeta Piotr Mierzwa) . Wydało mi się to bardzo sprytne, bo w ten sposób ta formuła upodabnia się do takich formuł jak „homo ludens“, „homo sapiens“ i w jakiś sposób też je parodiuje.
Oprócz książek opisujących homofobię, ruch emancypacyjny, ostatnio pojawiła się coraz więcej pozycji powieściowych – „Berek“ Szczygielskiego, „Ja, czyli 66 moich miłości“ Żurawieckiego, „Śmierć w darkroomie“ Pasewicza…
I to mnie oczywiście bardzo mnie cieszy. Właściwie stało się coś, co postulowałem swojego czasu w swoich tekstach – żeby powstała popularna literatura gejowsko-lesbijska. Bo to byłby objaw pewnej normalności.
Dla nas – normalności, ale pojawiają się głosy, że jest to sztuczna etykieta, że nie ma czegoś takiego jak np. kultura gejowska, jest tylko kultura w ogóle. Oczywiście, że jest coś takiego jak literatura, czy szerzej – kultura gejowska czy lesbijska. Widać ją, gdy już wyszła z szafy. Najprościej rzecz ujmując – to literatura, w której przedstawiane są problemy osób homoseksualnych, a główni bohaterowie są nieheteroseksualni, czy też nieheteronormatywni. Choć w tej etykiecie kryje się rzecz jasna pewnego rodzaju zagrożenie – wypływają rzeczy słabe tylko dlatego, że są gejowskie lub lesbijskie. Ale nie jest to wielki problem. Iza Filipiak powiedziała kiedyś, że należy rozmawiać również o słabych książkach i trzeba je analizować, bo zapisują jakąś wizję świata. I ja się z nią zgadzam. Lepiej dobrze przeczytać harlequina niż przekartkować Prousta, że zacytuję Przemysława Czaplińskiego.
Z drugiej jednak strony nie warto przesadnie gloryfikować tej formuły, żeby nie spacyfikować indywidualnych przekazów artystycznych. W tekstach krytycznoliterackich trzeba indywidualizować i różnicować.
Być może za 10, 20 lat będziemy tak wolni i wyzwoleni, że taka etykieta, że coś jest gejowskie czy lesbijskie, nie będzie nikomu potrzebna i patrząc na powieści Ewy Schilling, będziemy mówić, że jest to literatura o ludziach, którzy są – tak się akurat składa – lesbijkami. I to będzie uniwersalizm po różnicy. Tylko że tę różnicę najpierw trzeba przerobić. 

genderstudies.pl
Błażej Warkocki (ur. 1977) – krytyk, publicysta. Najlepszy znawca tematyki gejowsko-lesbijskiej w polskiej literaturze, zajmował się m.in. twórczością Grzegorza Musiała, Michała Witkowskiego, Izabeli Filipiak, Edwarda Pasewicza. Publikował w najważniejszych pismach literackich („Ha!art“, „Pogranicza“, „Portret“, „Fa-art“, „Czas kultury“), a także w „Bez Dogmatu“ i „Res Publice Nowej“. Od 2007 roku członek redakcji „Krytyki Politycznej“ i felietonista portalu Inna Strona, gdzie recenzuje nowości książkowe związane z tematyką LGBT.
Jego teksty znalazły się w licznych książkach (m.in. „Odmiany odmieńca“, „W poszukiwaniu małej dziewczynki“). Współautor „Kalendarium życia literackiego 1976-2000“. W 2004 r. wraz ze Zbyszkiem Sypniewskim stworzył antologię „Homofobia po polsku“, zbiór tekstów diagnozujący sytuację polskich gejów i lesbijek na początku wieku. „Homo niewiadomo“ (2007) jest jego samodzielnym debiutem książkowym.
Błażej Warkocki od lat postuluje powstanie popularnej literatury gejowsko-lesbijskiej. Ocalił od zapomnienia powieść Marcina Krzeszowca „Ból istnienia“, obecnie pracuje nad analizą opowiadania Juliana Stryjkowskiego „Tommaso del Cavaliere“. Fan serialu „The L Word“.
Czytelnictwo: 5%